Pani Nic

Słońce łagodnie łaskotało policzki trawników. Poza krokusami, rośliny raczej nie dały się zwieść tej lutowej ułudzie. Idąc do pracy mijałam kolejne świetlne oazy. Na jednej z ławek siedziała jakaś pani. Miała przymknięte oczy i jak słonecznik, wystawiała swoją twarz do słońca. Zdawała się chłonąć każdy promyk tak, jakby nie chciała uronić ani jednego odżywczego kwanta.

– Nie chcę uronić ani jednego odżywczego kwanta. – nagle odezwała się. Nie było wątpliwości, że to wypowiedziała do mnie, bo odwróciła się w moją stronę i patrzyła mi w oczy.

Nic nie powiedziałam, bo nic mi do głowy nie przychodziło.

– Jestem Pani Nic. Idę do lekarza, bo coś się w moim wnętrzu dzieje. – przedstawiła się i poszła w kierunku przychodni.

– Pod czwórkę proszę. – powiedziała pani z rejestracji. Pani Nic udała się pod czwórkę. Po chwili pan lekarz ją poprosił, bo to była przychodnia prywatna i dość idealna.

– Mam tu wyniki pani rezonansu. Pani przypadek jest bardzo typowy, ale musieliśmy go skonsultować ze specjalistami z CERNu oraz NASA. Znamy przyczynę pani samopoczucia. W sumie to nic takiego.

Ucieszyła się. Kamień spadający z jej serca gruchnął o podłogę powodując pewne poruszenie. Tylko kamienie nerkowe pozostały niewzruszone.

– Otóż w pani wnętrzu zdiagnozowaliśmy czarną dziurę, wie pani, taki obiekt, który uniemożliwia ucieczkę światła…

– Ale to nie jest rak? – przerwała Pani Nic.

– Nie, skądże! Rak to jeden z najbardziej bladych gwiazdozbiorów zodiakalnych. Gdy pani spojrzy w niebo nocą, to wygląda on jak puste miejsce pomiędzy gwiazdozbiorami Bliźniąt i Lwa. U pani występuje klasyczna czarna dziura, która zasysa wszystko – pani uczucia, punkty widzenia, emocje. Wszystko. I skupia w jednym, bardzo osobliwym punkcie. Co to za punkt pewnie chciałaby pani wiedzieć. To bardzo skondensowany punkt, tak bardzo, że w końcu zapadnie się sam w sobie.

– Sam w sobie? – westchnęła Pani Nic. – No to klops.

– Nie, nie. To kolaps. Nastąpi kolaps.

– Całe szczęście, że nie klops. Nigdy ich nie lubiłam. – zaśmiała się, ale zaraz zapytała zaniepokojona. – To co ze mną będzie?

– A nic. Zostanie pani przenicowana.

Przez chwilę siedziała wpatrując się w lekarza z lekko przymrużonymi oczami. Wpadające promyki słońca trochę ją raziły.

– Powinno budować, a zasysa. To nie ok, proszę pana.

– No nie… – zgodził się przecząco lekarz.

Pani Nic nie pozwoliła mu kontynuować, nagle dała mu znak, żeby był cicho. Po chwili nasłuchiwania wykrzyknęła wskazując palcem coś w kącie, po lewej stronie, pod oknem:

– O tam! Widzi pan? Wiruje i zasysa… i taki koniuszek wystaje. Trochę wygląda, jak koniec świata.

– Gdzie? – podniósł się lekarz, nieco skonfundowany.

– No tam! Widzi pan to zawirowanie na horyzoncie zdarzeń? – emocjonowała się nadal. – Niech pan patrzy uważnie, znów się pojawiło i wystaje!

Faktycznie coś wystawało. Podbiegła i złapała za koniec. Pani Nic trzymała w ręce nić. Wszechświata. Lekko szarpnęła. Nić się poddała. Zaczęła więc ją zwijać. Pruć i zwijać.

– Tak powstają fluktuacje. – mruczała do siebie zwijając. Powoli, po nitce do kłębka. Po chwili cała czarna dziura została spruta i na jej dłoni spoczęła średnich rozmiarów wełniana kulka.

– Co pani z tym zrobi? – odezwał się lekarz.

– Nic.

Otworzyła tylko dłoń, a wełniana kulka powoli stoczyła się i zaczęła spadać mijając kolejne piętra światów równoległych.

Pani Nic odwróciła się i odeszła.

Pogwizdując i emanując zassaną słonecznością.

Opublikowano w Moje
2 komentarze Dodaj swoje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *