ZAKLĘTY PUNKT

Przyjazd jest jak otwarcie książki, wiesz, że jesteś na początku przygody i wszystko, co najlepsze kryje się na kartach przed tobą.

Ruszamy po pracy. Jest piątek, po zachodzie słońca i my z Ewunią przepełnione radością oraz nadzieją na narciarski czas w Korbielowie.

Najpierw miałyśmy jechać samochodem Ewy, ale został oddany do warsztatu i nie oddany przed weekendem właścicielce, potem padło na mój, ale ostatecznie Ewa postanowiła wziąć jej samochód rodzinny. Drogi były czarne i nie spodziewałyśmy się żadnych przygód. Nie spieszyłyśmy się, bo wakacje zaczynają się za progiem domu i trwały w najlepsze. Miłe rozmowy, zatrzymanie na jedzonko i w końcu docieramy do Korbielowa. Zjeżdżamy z głównej drogi, pniemy się wąskimi zakrętasami na pagórek. Ostatnia prosta do naszego domku – rzecz w tym, że ta ostatnia prosta, nie jest prosta, a do tego była pokryta warstwą lodu. Nie udaje nam się wjechać. Samochód jest ciężki i zachowuje się jak krowa, a potem, jak uparty osioł. Wysiadamy, żeby przyjrzeć się drodze. Nad głowami oszalały pęd gwiazd, a pod nogami pięknie ubity, wyślizgany, twardy lód. Wycofujemy się i robimy drugi podjazd. Nie udaje się. Zatrzymujemy się, jakieś 200 metrów od domku, w tym samym, zaklętym punkcie. Wokół las, więc nie dziwimy się, że miejsce może być zaczarowane. Nagle Ewa oświadcza „Idę po kogoś”. I idzie. Taka Ewa jest, zanim zapytałam, po co, po kogo i dokąd, już jej nie było. Stoję więc w zaklętym punkcie, gwiazdy nade mną zatrzymały na chwilę swój pęd i spoglądały na mnie pulsując światełkami i chichocząc „i co teraz? i co teraz?”. Zeszłam poniżej samochodu. Okazało się, że przed zakrętem jest fragment asfaltu. Wróciła Ewa z trzema chłopakami. Postanowili popchnąć samochchód. Wydawało mi się to niemożliwe do wykonania na lodzie. Ale co tam. Spróbowaliśmy. Zaklęty punkt nie przepuścił nas. Próbujemy bardziej po prawej. Bez skutku. I jeszcze raz. Coraz więcej fantastycznych rozwiązań spływa na nas. Efekt ten sam. Postanawiam nieco rozpędzić samochód na tych skrawkach asfaltu i tak może podjechać. Chłopaki mi tłumaczą, że mechanizm różnicowy nie pozwoli na rozpędzenie się, bo tylko jedno koło stoi na skrawku asfaltu. Trzmiel nie wie, że prawa aeronautyki nie zezwalają na to, by latał, pomyślałam, więc, że może auto nie wie o swoim mechnizmie różnicowym. Rozpędziłam się. Oczywiście to rozpędzenie nie było widoczne gołym okiem, bardziej działo się w mojej głowie, bo po rozpędzeniu, należało natychmiast skręcić w lodowy zakręt. Podjechałam prawie pod najwyższy punkt pagórka. Właściwie udało się. Przejechałam zaklęty punkt, resztę popchali chłopaki. A wszystko to, pod czarnym niebem i gwiazdami ostrymi jak żyletki.

Na drugi dzień, w słonecznym świetle szukałyśmy pagórka z zaklętym punktem.

Znikł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *