Mój weekend zaczął się w czwartek po południu. Niektórymi sprawami można sterować i je kształtować, czyli zrobić tak, że sobota jest w czwartek. Poszukałam miłego miejsca, na uboczu, bo centra miast mam na codzień. Ujęła mnie nazwa – Willa pod Aniołem. Jedziemy! Na miejsce docieramy późnym popołudniem. Zimna Zośka sprawia, że kolory intensywnieją i upojnymi zapachami majowych kwiatów odprowadza nas pod drzwi nowego, tymczasowego naszego domu. Dom jest pełen aniołków. Patrzą na nas aniołkowe figurki i obrazki aniołkowe, aniołki wirują nad głowami, jak letnia śnieżyca. Wypełniają przestrzeń od podłogi po sufit. Musimy się między nimi przeciskać, żeby zasiąść u stołu. Aniołki mamy w oczach, we włosach. Wciskają się do nosa. Kichamy. Potem pijemy herbatkę ziołowo-aniołkową, w aniołkowym pokoiku. Świat pracy, zabiegania, spraw do załatwienia rozpłynął się w błogiej ciszy. Otwieram książkę. Podróżuję. Podróż w podróży. Jak szuflada w szufladzie tajemniczego sekretarzyka.