Wędrowne ptaki. Jest coś poetyckiego w tym określeniu. Kiedyś widziałam w czasie deszczu ptaka. Siedział skulony pod dachem i trwał. Było to trwanie czekające, takie życie chwilowe, na przeczekaniu. Żal mi go było. Wyobraziłam sobie, że jego egzystencja polega na takim, jakby zawieszaniu. I tak od jednego zawieszenia do następnego. I następnego.
Tymczasem przypomniały mi się ptaki wędrowne z „Małego Księcia”. I dziś myślę, ze myliłam się w tym obrazie. Wtedy pod dachem siedziała pasja wcielona, żar życia, pęd odkrywania, odpoczywający w moim mgnieniu oka.
Piękny dzień. Cudne manowce przetaczają się nad głową, w niebieskiej toni nieba. Piękny dzień na pożegnanie Izy. Zły dzień na pożegnanie Izy. Każdy dzień jest zły na pożegnania. To nie tak miało być. Wędrujemy wciąż szlakami pamięci. Beskidy są nasze. Echo gitary brzmi, dociera do najdalszych zakątków. Poezja. Wspólne śniadania z tego, co kto akurat miał, bez wyliczania, ile, kto wniósł, bo każdy dawał wszystko. Z tym światem żegnamy się, wędrując dalej.
Odlatujemy z wędrownymi ptakami.