Agnieszka mówi: „Ma być ładna pogoda, mam wolny poniedziałek, jedziemy w Tatry?” Jedziemy. Wyjazd w niedzielę, powrót w poniedziałek. Autobus o 3:55 nad ranem, po to, żeby wykorzystać dzień całkowicie. Jest to dzień zmiany czasu na zimowy. Nie potrafię normalnie zasnąć, co chwilę się budzę i sprawdzam ten zmieniający się czas. Boję się, że coś źle zrobię i nie zdążę na autobus. Na przystanku zjawiam się dość wcześnie. Na rozkładzie widzę odjazd o 4:55… Nie mogę uwierzyć, że mogłabym przyjść o godzinę za wcześnie. Chcę sprawdzić po raz kolejny godzinę odjazdu na bilecie. Bilet mam na komórce. Nie chce się załadować. Nieźle się zaczyna… Walczę ponad 20 minut, aż w końcu otwiera się. Na bilecie widnieje godzina 3:55. Oddycham z ulgą. Siedzę w tym Zabrzu, na jakiejś ławce w środku nocy i zastanawiam się, czy mi się to śni. Autobusu nie ma. Czas zmieniony mija tak samo, jak niezmieniony. W końcu przyjeżdża. Spóźniony. Agnieszka dosiada się w Krakowie. Wita nas piękny poranek nad Tatrami oraz balony. Unoszą się tuż nad górami, co chwilę później, okazało się złudzeniem. Taka dobra wróżba na nowy dzień.
Ruszamy Doliną Małej Łąki. Chcemy wejść Kobylarzowym Żlebem na Małołączniak, potem na Krzesanicę, Ciemniak i Doliną Tomanową dostać się do schroniska na Małej Polance Ornaczańskiej. Taki jest plan, od samego rana skąpany w złocistych promieniach słońca. Złote łuski pobłyskują pomiędzy liśćmi i wdzięczą się do zdjęć. Śniadanko z cudownymi widokami. Troszkę wieje, ale pogoda idealna. Idziemy w doskonałych humorach. Robimy zdjęcie pięknie podświetlonym gałązkom, co jest możliwe tylko z pozycji leżącej, to znów snujemy hipotezy odnośnie słowa „wantule” i dochodzimy do wniosku, że mogłaby to być wdzięczna nazwa dla dziwnych stworzeń wypełzających nocą w mijanym właśnie lesie. Wspominamy jeden nasz powrót właśnie tą ścieżką, po zmroku i właśnie tylko jakichś mitycznych zwierzaków nam wtedy brakowało…
W żlebie wieje dość mocno. Jak to w żlebie. Pogoda przepiękna, na niebie wyczarowuje błękity i puchatą biel. Ze skał dostojnie schodzi kozica i nic sobie z nas wszystkich wchodzących i schodzących nie robi. Chwilę przystaje na szlaku, wyskubuje resztki traw, daje się fotografować, po czym zwyczajnie oddala się zachwycając nas swoją zwinnością.
Robimy sobie zdjęcia tuż przy wyjściu ze żlebu, mamy przy tym świetną zabawę, bo ten wyjazd miał być naznaczony lekkością i radością. Nagle odzywa się do nas starszy pan. Zadaje nam pytanie, czy my naprawdę o tej godzinie idziemy w górę. Sprawdzamy czas. Jest około 13. Nie jest zbyt wcześnie, ale też nie jest zbyt późno. Zmrok zapada około 17:30. Ze względu na zaczepliwy ton, poirytowałam się. Pytanie niby miało w sobie dobre intencje, bo nosiło znamiona zatroskania, jednakże forma i ton głosu temu zaprzeczał. Odpowiedziałam dość niegrzecznie, że idziemy do góry, bo tak chcemy i nie jego sprawa, o jakiej porze. Koleś mruknął, że potem takie helikopter wzywają. Agnieszka odcięła się, że przy takim wietrze helikopter nie lata. Starszy pan chciał wiedzieć, dokąd idziemy, więc odburknęłam, że do Murowańca. I ruszyłyśmy w kierunku Czerwonego Grzbietu. Nie było nam miło z tym, że byłyśmy niemiłe. Stwierdziłyśmy, że może się na nas zemszczą te aroganckie odpowiedzi, które popłynęły w eter i już na zawsze będą w nim krążyć. Zezłościło nas to, bo byłyśmy przygotowane na każdą pogodę, na każdą porę roku, dnia i nocy. Jest jednak coś w górach, co zawsze unosi się nad naszymi głowami – RESPEKT i prawda jest taka, że nie da się przygotować na wszystko. Tymczasem ukazał nam się Giewont, z tej swojej, bardzo nietypowej, perspektywy. Zatrzymujemy się i robimy mu zdjęcia. To nic, że mamy już mnóstwo takich kadrów z innych czasów. To samo miejsce nigdy nie jest takie samo. Panta rhei. Płyniemy więc z rozkołysanymi trawami, pniemy się poganiane chmurami. Po chwili zatrzymujemy się. Ciężko dyszymy. Dziwne. Wejście żlebem było dużo bardziej strome i wymagające, tu tylko ścieżka idąca grzbietem. Robimy parę kroków i znów stoimy. Ruszamy. Stoimy. Liczę: 10 kroków i kolejny postój. Patrzę na Agnieszkę i na szczyt Małołączniaka. Nie przybliża się. Myślę sobie, że coś jest nie tak. Agnieszka patrzy na mnie. W końcu mówi: „Nie damy rady”. Wiem, że tak jest, bo czuję to, ale nie chcę tego zaakceptować. Prawie sięgam dłonią do szczytu, ocieram się o błękit nieba i słoneczną złocistość przetykaną skłębionymi mlecznymi woalami. Mówię: „Podejdźmy jeszcze trochę”. Liczę kroki, ale mylę się. Rozpraszają mnie rozedrgane trawy. To już nie jest taniec, jakieś raczej nerwowe podrygi. Już wiemy, co jest. Wiatr. Wieje prosto w nasze ciała. Z każdym krokiem musimy przełamywać jego opór. To jest jak przeciskanie się przez zagęszczony wymiar. Wyciągamy mapę. Nie wygramy z prawami aerodynamiki, nie zrealizujemy naszego planu. Jedyne rozsądne rozwiązanie, to… wrócić. Trochę się wykłócam z sobą, bo schodzenie Kobylarzowym Żlebem, to było coś, czego chciałam uniknąć, bo zdecydowanie lepiej nim podchodzić. Ma to być moje trzecie awaryjne schodzenie tą drogą. Wiatr jest znacznie silniejszy niż głosiły prognozy i wydaje się, że przybiera na sile. Skupiamy się na zejściu. Posuwamy się wolno. Nie jest łatwo przy podmuchach zdolnych przewrócić człowieka. Nagle zatrzymujemy się i patrzymy na siebie. Olśniło nas. Starszy pan to nie był żaden zniecierpliwiony starszy pan. To był Anioł. Nie jakiś bielutki, pierzasty Aniołek, ale Anioł zły. Chciał nas przestrzec przed tym wiatrem, ale swoją troskę ubrał w złe słowa. Tak właśnie działa Anioł zły. Schodzimy jeszcze bardziej ostrożnie. Zajmuje nam to sporo czasu. Oddychamy z ulgą, gdy wydostajemy się ze żlebu. Pozostaje tylko ścieżka przez las, do Przysłopu Miętusiego, potem w dół Doliną Miętusią i zupełnie prosta droga dnem Doliny Kościeliskiej do schroniska. Można by rzec, że banał nad banałami. Jednakże coś się dzieje. Opadam z sił i idę coraz wolnej. Nie rozumiem, o co chodzi. Nigdy się tak słabo nie czułam. Droga straszliwie się wydłuża. Szłyśmy nią zaledwie kilka godzin wcześniej, ale to była zupełnie inna droga. Ta, która teraz przesuwa się pod stopami, zdaje się odsuwać nas od polany na Przysłopie. Pytam Agnieszkę, czy mogłaby sprawić, żeby to już było za tym zakrętem. Agnieszka stwierdza, że ma czarodziejską moc i zapewnia mnie, że już blisko. Pokazuje mi na mapie, że to już taki ostatni króciutki odcinek. Nie podobudowuje mnie to. Dokładnie tak samo robię, jak widzę, że muszę podreperować czyjeś morale. Niestety dostrzegam Kończystą Turnię ponad lasem i dobrze wiem, ile jeszcze drogi zostało. W końcu Anioł Zły zdaje się odpuścić i w dogasającym świetle dnia docieramy do Przysłopu. Kładę się na ławce i mówię Agnieszce, że muszę zasnąć na 15 minut. Nie śpię, ale zapadam w piętnastominutowy letarg.
Zapalamy czołówki i ruszamy w dół. Droga się nie przesuwa. Widzę jasny krąg oświetlony przez czołówkę, reszta pozostaje jednakowoż czarna. Agnieszka idzie przede mną. Musi iść, żeby nadać nam tempo. Co chwilę sprawdza, czy idę. Ja nie wiem, czy idę. Tkwię w tym anielsko-złym kręgu i to raczej droga mnie mija. Dolina Kościeliska. W końcu. Ostatni etap. Nie odzywam się. Mijam nadal. Agnieszka od czasu do czasu coś do mnie wykrzykuje, radosnym głosem, jakby nie zważając na to, w jakim jestem stanie. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. To jak promień słońca wpadający do tego czarnego świata. Nie odzywam się. Nie mam siły. Chcę, żeby do mnie gadała. Nie mówię jej tego. Zatrzymujemy się na chwilę przy ławce. Kładę się. Mam nad głową niebo. Widzę gwiazdy i wędrujące chmury. Kątem oka spostrzegam czarne skrzydło Anioła Złego. Idziemy znów. Logika mi podsuwa myśl, że to nie może być daleko, bo w Dolinie Kościeliskiej nic nie jest daleko.
Niby tak.
Jesteśmy w drodze o wiele za długo. Może nie obiektywnie, ale każda sekunda ociera się o nieskończoność, z każdym krokiem przeciskam się przez zagęszczony mrok, który oblepia moje ręce, nogi, myśli i ciągnie do tyłu. Próbuję więc przebić się przez ten czas, ciemność i drogę.
Agnieszka pokazuje mi światła schroniska błyskające pomiędzy drzewami. Wydają mi się nieosiągalne. Myślę sobie „ostatnie podejście i już”. Mózg logiczny mnie beszta: „Jakie podejście?! Przecież tu jest płasko!”. Nie wierzę mu. On po prostu nie wie. Nic nie wie o klątwie Anioła Złego. Ostatkiem sił wspinam się więc tą płaską ścieżką. Jestem. W. Schronisku. Zupa pomidorowa. Zjadam dwie łyżki. Nie jestem w stanie więcej. Idę spać.
Rano budzę się w innym świecie. Jestem znów sobą. Po fizycznej zapaści nie ma śladu. W cieniach nocy pozostanie piękny zapis słonecznego głosu Agnieszki.
Co to było?
Może brak snu?
Może ten wiatr?
Anioł zły.
Anioł Zły.
No widzisz dziołszka… 🤔
A pomyśl jaki z Tobą Anioł Dobry szedł … 🤔
B R A W O P A N I
A G N I E S Z K O ! ! ! 🌹
Jest więcej Aniołów, niż myślimy? I więcej szczęścia 😉
Na nasze szczęście 🙂