Luty nadal tonie w deszczu, a przygoda pocztówkowa rozwija się. O elementy zupełnie nieoczekiwane. To jest chyba najbardziej fascynujące w życiu, że wstępujemy na jakąś ścieżkę, która nas prowadzi w niezwykłe miejsca, takie, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Intryguje mnie pocztówka z 1916 roku napisana w języku niemieckim i wysłana do kogoś, kto kiedyś mieszkał w mojej dzielnicy. W Mikulczycach. Zważywszy na to, że znalazłam się tu po wielu latach po tym, jak pierwszych mieszkańców tych terenów już tu nie było, nie bardzo umiem to sobie wszystko ułożyć. Oczywiście najpierw, jako dziecko, o tym nie widziałam. Z czasem docierały do mnie różne informacje. Najpierw chaotyczne. Nie stanowiły dla mnie jakiejś większej całości. Nadal chyba nie stanowią, bo nie można zaakceptować i poskładać w logiczną całość niesprawiedliwość, agresję, nadużycia różnego rodzaju. A to się właśnie stało w wyniku wojny. Wszyscy jesteśmy uwikłani, nawet teraz. Szukam prawdy. Zbieram więc te różne puzzle i się im przyglądam. Niektóre do siebie pasują, niektóre nie wiem, do czego przyłożyć.
Trzymam więc tę pocztówkę z 1916 roku, z jakiegoś pogrzebu, zapisaną w języku, którego nie znam, a który zapewne rozbrzmiewał w ścianach domu, w których mieszkam. Nagle wpadam na pomysł. Piszę do mojego kolegi Klaudiusza, który od lat mieszka w Niemczech i proszę go o przetłumaczenie.
Cieszę się bardzo, bo wiem, że to są kolejne drzwi, które się otworzyły.
To, czego się dowiaduję, przekracza moje oczekiwania. Szczególnie wątek osobisty z życia Klaudiusza.
Najpierw dowiaduję się, że pocztówki nie da się w prosty sposób odczytać, bo jest napisana, jak to Klaudiusz określa „stylem pisma Sütterlin”. Objaśnia, że „trzeba być urodzonym w XIX wieku albo specjalistą w tej dziedzinie, żeby to przeczytać”. Radzi, żeby popytać w gronie historyków-amatorów, może ktoś byłby w stanie to odczytać.
Potem przedstawia swoją analizę tego, co udało mu się odkryć w związku z pocztówką. To, co zwraca moją uwagę to to, że jest to idealne uzupełnienie informacji od pani Sprzedającej. Puzzle składają się w kolejną całość. „Okrągła, to pieczątka poczty polowej 11. Dywizji Piechoty. Widać to na dolnej części poniżej daty. Górny napis „Felpost-Expedition“. Feldpost to poczta polowa, znaczenie słowa Expedition (ekspedycja) w tym kontekście może mieć ze spedycją do czynienia. DER odnosi się do daty, a data to 12 kwietnia 1916 roku. 8-9 V może oznaczać między ósmą a dziewiątą przed południem (Vormittag). W adresie zwraca uwagę nazwa Mikultschütz. Prostokątny stempelt, to stempel „10 Grenadier Regiment“, 10. Pułku Grenadierów, noszącego przydomek „Pierwszy Śląski“. Zarówno jedenasta dywizja, jak i dziesiąty pułk, dorobiły się skromnych wzmianek w Wikipedii. Jedenasta dywizja pruska (istniała jeszcze Jedenasta Bawarska) powstała najpierw jako brygada w 1816 roku we Wrocławiu i w 1818 r. została rozszerzona do wielkości dywizji. W jej skład od 1914 roku wchodziła 21. Brygada Piechoty ,a w jej skład z kolei dwa pułki. „Nasz“ 10. Pułk Grenadierów (śląski) imienia Króla Fryderyka Wilhelma II oraz 38. Pułk Fizylierów, też śląski. W 1914 roku 11. Dywizja brała udział w walkach pod Verdun. W kwietniu 1916 roku (data stempla) dywizja brała udział w walkach pozycyjnych w okolicy miejscowiści Péronne na północy Francji, a później w walkach pod Sommą. Na zdjęciu widać kondukt pogrzebowy. Nie udało mi się znaleźć wskazówek czyj to pogrzeb mógł być, ale pewnie nie byle kogo. Szeregowych tak nie grzebano. Zapewne jest to Francja późną jesienią albo wczesną wiosną. Drzewo całkowicie bez liści, pewnie wiosna. Na lewo od woźnicy jest dom z napisem GARAGE.”
To jest po prostu opis. Niezwykle ciekawy. A potem pojawia się wątek osobisty. Bezcenny:
„Tak jak ci na zdjęciu, wyglądał mój dziadek, Jan Woźny, ojciec mamy. Też walczył w tej okolicy, może w tej jednostce, może jest na tym zdjęciu. Przeżył i dostał się do angielskiej niewoli, gdzie doczekał końca wojny”.
Przeczytałam tę wiadomość na Messengerze. Zamilkłam. Tak wewnętrznie, bo przecież nic nie mówiłam.
Czasami otwarcie drzwi powoduje przeciąg.