Początkowania

Budzę się. Fantastyczny powód do zadowolenia. Z drugiej zaś strony, trochę bez sensu jest to stwierdzenie, bo gdybym się nie obudziła, to nie byłoby powodu żadnego. Ani do zadowolenia ani do niezadowolenia. Póki co nie ma dowodów na to, że formy energetyczne są zdolne do odczuwania czegokolwiek. A więc otwieram oczy, spoglądam w oczy błękitowi nieba. Dajemy sobie znak, że wszystko jest na swoim miejscu. Celebruję moment przebudzenia, przeciągam go w nieskończoność. Nieskończoność przepływa przez mój pokój, moje myśli i sadowi się na brzegu łóżka. Mówię jej, że nie wstaję, bo mam czas. Nieskończoność poruszyła się, jakby nagle coś ją zaczęło uwierać.

– A ja nie mam czasu. – wymamrotała.

– Zazwyczaj budzę się dużo wcześniej, niż to konieczne. Właśnie po to, żeby mieć czas. Na to, na co właśnie przyjdzie mi ochota. – zaczęłam wyjaśniać. Nieskończoność ze zrozumieniem kiwała głową, a ja mówiłam.

– Wiesz… Przeczytam coś, posłucham może muzyki, zobaczę jakiś obraz. – dodałam. – Z kawką w ręce, koniecznie w mojej ulubionej filiżance, przejdę się po świecie…

– …jeszcze z obłokami snu krążącymi wokół. – dodała od siebie.

Dziś się bardziej nie spieszę niż zazwyczaj. Mam urlop i plan na wypad w Beskidy. Wiosna przemieszała się z mrozem, ale to nie ma znaczenia. Nie szukam jakiejś określonej pogody w górach. Po prostu zmierzam do tego, co tam jest. Do tego co, tam się nieustannie odbywa.

Zmykam na degustację.

Nie tylko poranków i przebudzeń.

Na degustację życia. W Nieskończoność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *