Tak sobie rozmyślam o świętowaniu Halloween w Polsce. Nie przeszkadzają mi poprzebierane dzieciaki, czy to, że się ludzie przy tym bawią. I nie stajemy się wyznawcami szatana tylko dlatego, że z wydrążonych dyni robimy lampiony. Tym, którzy temu podobne opinie głoszą, radzę puknąć się w czoło i przemyśleć sprawę nadmiernych uproszczeń. Głupocie i ciemnocie mówię NIE. Jedyne, co myślę o świętowaniu Halloween w Polsce, to to, że to głownie komercja i konsumpcja. Szybciutko, ulegając zabiegom marketingowym, wessaliśmy zabawę z innego obszaru kulturowego. I na czym to polega? Głównie na robieniu zakupów. A władcom systemów właśnie o to chodzi. Niech lud się bawi i wydaje pieniądze, niech się nakręca koniunktura. Niech igrzyska trwają. A co u nas? Dziady, przedchrześcijański zwyczaj kontaktowania się ze zmarłymi. Obrzęd znany nam wszystkim z lektury szkolnej. Istotą jego było karmienie i pojenie dusz miodem, kaszą, jajkami, kutią i wódką. Urządzano uczty, w czasie których część potraw i napojów zrzucano na stół, podłogę lub grób, w ten sposób przeznaczając je dla dusz zmarłych. Zapalano także ogniska, aby oświetlić drogę wędrującym duszom, tak by nie zabłądziły i odnalazły drogę do swoich bliskich. Dziś zapalamy znicze. Ciekawi mnie, czym się ludzie kierują, kultywując tę tradycję. Zastanawiam się nieoceniająco. Zwyczajnie nie wiem i całkiem możliwe, że coś nieprzewidywalnego.