Czytam menu, szybko się decyduję i dokonuję zakupu. Rozglądam się po sali – niemalże wszystkie miejsca są zajęte. Dostrzegam jedno, przeciskam się z tacą i pytam, czy mogę się dosiąść. Kobieta uprzejmie mnie zaprasza. Siadam. Jest tam jeszcze chłopak i dziewczynka. Nie rozmawiamy. Zwyczajnie podnoszę wzrok na kobietę, potem na chłopaka. W miejscu gdzie ludzie mają oczy, patrzy na mnie gładka skórą z przeszczepu. Chłopak może mieć dwadzieścia, może dwadzieścia kilka lat. Trudno powiedzieć. Nie gapię się. Dziewczynka zajęta jest swoją komórką. Matka ją ochrzania, że ma natychmiast komórkę odłożyć i zacząć jeść. Foch w zielonych włosach. Chłopak ma drugie oko, ale nie widzi. Kobieta mu we wszystkim pomaga. Nie gapię się. Ale zobaczyłam. Szycie z drugiej strony czoła. Zarośnięta dziura w szyi.
Nie gapię się, ale wiem.
Dziewczyny wybuchają radosnym śmiechem. Jakby wojny nie było. Mają zrobione paznokcie i makijaże. Nowoczesne komórki. Ładne dziewczyny z pięknymi uśmiechami.
Pod stołem kotłują się problemy. Dziury na drodze. Sąsiad złośliwie nie pożyczający klucza na strych, bo swój zgubiłam. Nienastawione pranie, lodówka do rozmrożenia. I to nasze niezdarne pomaganie. Walka z oczekiwaniami wdzięczności, tego że powinni żyć, jak my. Nami być.
Małostkowość nasza codzienna,
przyziemna,
biało-czerwona,
najsłuszniejsza.
Pomyślałam, że to nie powinno tak być. Nie tak. Nie powinni być w nie swoim kraju, nie mieć oczu. I nie chodzi o sztuczny twór zwany narodowością. Chodzi o dom, swoje łóżko. O bycie tam, gdzie się chce przebywać. A nie musieć.
Za oknem niebo się wyzłociło tuż przed zachodem słońca. Ptaki wyćwierkują swoje majowe melodie. Pięknie jest na świecie dziś. Nie pomoże to, że nie pojadę na wakacje, że nie pójdę do kina, do restauracji. Ani to, że nie spotkam się z przyjaciółmi i że nie będę pełnymi garściami czerpać.
Nie pomoże nic.
Zobaczyłam wojnę z bliska.
Wojna spojrzała na mnie. Zajrzała w moje dwoje oczu. Przejrzała mnie na wylot.
To nie powinno być tak.
A jak powinno?
Tak, jak jeszcze nie było.