Budzę się.
Nie otwieram oczu. Leżę chwilę i próbuję odgadnąć, jaka dziś pogoda za oknem.
Powoli wychodzę z krainy snu. Wita mnie błękitne niebo i ratusz, dziś w odcieniu cytrynowym. Uwielbiam poranki i tę zgadywankę. Mam wgrany taki program, że każdy poranek wprawia mnie w znakomity nastrój. W gruncie rzeczy pogoda nie ma znaczenia. Każda przybiera porywające odcienie na nieboskłonie. Ten stan bierze się z nieodpartego wrażenia, że wszystko jest możliwe, że może zdarzyć się jakiś cud. Logiczna część mózgu studzi mój entuzjazm. Mamrocze mi do ucha, że cud przecież się nie zdarza prawie nigdy, więc po co mi to wyczekiwanie, które z dużym prawdopodobieństwem skończy się rozczarowaniem. Nielogiczna część ripostuje, że wcale tak nie jest, że to fantastycznie wchodzić w dzień w doskonałym humorze i z dobrym nastawieniem. Takie podejście odczaruje te ewentualne rozczarowania i że mam tak nadal robić. Powstanie z łóżka ucina ich kłótnię.
Kończę pakowanie. Wyjeżdżam z mojego życia. Nie będzie mnie do niedzieli. Po bardzo intensywnym czasie pracy, który mnie wyeksploatował znacznie, zaplanowałam czas spokoju. Tylko chodzenie po świecie i rozglądanie się. Zamierzam zwiedzać, chłonąć kolory, napić się kawy pistacjowej, zjeść potrawkę z królika. I spotkać Caravaggia. Taki jest plan. Nie mogę się doczekać i choć to nastąpi już za chwilę, chcę tę chwilę przesunąć na teraz, na już, na natychmiast!
Przygoda zaczyna się…
Tuż za otwarciem oczu.