Czasy świetności

Zrobiłam to. Po prostu wyjechałam. Wynajęłam apartament w Ustroniu i wyjechałam. To jest taki mały test. Taka próba, czy umiem żyć poza światem, który dobrze znam. Chwilowo więc żyję i pracuję w nowym miejscu.

Dziś przed pracą przypadkiem dotarłam na targowisko. Postanowiłam zrobić parę zdjęć. Uwielbiam taki tętniący życiem świat. Dużo się dzieje i to dużo zwyczajnego. Albo przynajmniej tak się wydaje na powierzchni.

Przechodzę obok stosu spódnic rzuconych na stół. Widzę majtki w intensywnych kolorach porozwieszane jak świąteczne girlandy. Azjatycki człowiek siedzi przy przyczepie. Ogórki, truskawki, borówki, czereśnie rzucają się natarczywie do oczu. Mijam puste stragany. Za wcześnie na ich wypełnienie. Zagadkowo łudzą swoją pustką.

Nagle poczułam. To jest takie błyskawiczne ukłucie od środka, takie, że jeszcze nie wiadomo co, ale już wiesz, że coś. Zatrzymałam się, rozejrzałam i zobaczyłam. Dwa stoiska ze starociami na samym końcu. Ruszyłam w tamtą stronę, bo mnie zawołały i zaczęły ciągnąć tą swoją utkaną w jakimś wewnętrznym świecie nicią. Powtarzam sobie: „tylko nic nie kupuj, tylko nic nie kupuj, niczego nie potrzebujesz”. Idę i odpowiadam sobie: „idę przecież tylko tak pooglądać i może zrobię kilka zdjęć jakichś”. Tak sobie mówię i idę. Robię kilka zdjęć jakichś. Dostrzegam filiżankę. O ładnym kształcie z wdzięcznym uszkiem. Nie ma spodka. I jest jedna. Totalnie zdekompletowana. Z cienkiej porcelany. Bardzo delikatna na pierwszy rzut oka. I na drugi też.

Następuje krótki dialog. „Jaka cena?”. „A niech pani da dziesiątkę”. I daję. Pan sprzedający mówi, że to czeska filiżanka. Widzę, bo jakiś napis jest w środku po czesku i malunek. Jakby świątynia. Filiżanka ewidentnie czasy świetności ma za sobą. Daję tę dziesiątkę. Pan mi pakuje tę filiżankę w starą, czeską gazetę. Wydaje mi niespodziewanie dwa złote.

Biedna filiżanka.

Siadam na tarasie. Zrobiłam sobie kawę w tej nowej starej filiżance. Zapach kawy miesza się z rozsłonecznionym zapachem lipy i schnącego siana. Mam nad głową błękitne niebo, u stóp szum pędzącego z gór potoku, a na wprost potężne lipy. Sączę więc zwykłe szczęście z mojej delikatnej filiżanki. Mieszam łyżeczką zapachy, dźwięki i kolory. Delektuję się powoli chwilą. Czuję jak wpływają w mój krwiobieg, przepływają przez wszystkie komórki ciała i ulatują przez włosy powodując lekkie zawirowania nad polem pokrytym skoszonym sianem. To ta kawa tak działa czy moja nowa stara filiżanka?

Ciemniejszy pasek w górnej części wskazuje na to, że był tu niegdyś jakiś wzorek. Na dnie widnieje budowla z zatartymi konturami. Czasy świetności ma za sobą – myślę znów, popijając argumenty dźwiękami, kolorami i zapachami rozpuszczonymi w kawie.

„A może czasy świetności ciągle przed nią?” – zaszumiało coś w lipie.

„Może ciągle przed nią?” – odbiły się słowa od błękitnego sklepienia i pomknęły.

Pomknęły przed siebie.

W cudne czasy świetności ciągle przed.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *