„Wujaszek Wania” Antona Czechowa, Scena Pod Ratuszem – Teatr Ludowy w Krakowie

Zajmuję miejsce i czekam. Jeszcze tylko chwilka…

Światła gasną. Następuje gigantyczne zamknięcie oczu wszechświata. Znikasz w jednym miejscu, pojawiasz się w innym.

Rozświetlona scena. Znajduję się w czyimś domu. Nic się nie dzieje. Jest zwyczajnie, trochę nijako.

Z każdym wypowiadanym słowem zaczynam zbliżać się do tych ludzi. Nie wiem, w którym momencie to się stało, niepostrzeżenie wciągnęli mnie w swoją grę. Nie jestem już w teatrze. To jest tak, jakbym wemknęła się do czyjegoś domu, stanęła za firanką i patrzyła. Nie powinno mnie tam być. Wstrzymuję oddech, żeby nie odkryli mojej obecności.

Rozglądam się po widowni. Wszyscy zamieniliśmy się w podglądaczy.

Kurtyna rozdziera postaci na pół, obnażając ich delikatne, poranione wnętrza.

Gapimy się.

Wyobrażałam sobie, że będę się nurzać w jakimś dziewiętnastowiecznym salonie, problemach, które przebrzmiały i miały swoją wagę w tamtym minionym już świecie. Tymczasem oni, na tej scenie wyglądali jak my, mówili i czuli jak my. Wciągnęli mnie, przeciągnęli na swoją stronę.

Nastąpiła zbiorowa halucynacja. Staliśmy się nimi. Nie aktorami. Tymi ludźmi.

Przez teatr przepłynęła kwintesencja człowieczej emocjonalności.

Przeżyłam dwie godziny i czterdzieści minut takiego zagęszczania emocji, że pod koniec można było wyjąć nóż i atmosferę pokroić nożem, jak tort.

Po ostatniej scenie zamknęły się oczy reflektorów. Ciemność. Cisza. Gdy się otworzyły, wszyscy wróciliśmy.

Nie jestem tylko pewna, czy wróciliśmy w to samo miejsce, z którego wyruszyliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *