Przypalenie

Niedziela w domu. Czas leniwo mija stół w kuchni, chwilę kręci się wokół porannej kawy, przemieszcza się przez przedpokój, po czym ląduje w łóżku.

Uczę się do egzaminu, bo taki mam plan. Nigdzie się nie ruszam.

Oczywiście zamiast uczenia się, wybieram książkę i sobie czytam. Koło południa dopada mnie głód. Nastawiam ziemniaki i wracam do czytania. Do rzeczywistości przywołuje mnie zapach. Niemożliwe. Zapach pieczonych w ognisku ziemniaków… Rzucam czytanie i ten cały książkowy wszechświat. Wpadam do kuchni. Nie jest źle. Nie muszę gasić pożaru. Właściwie jest całkiem dobrze, ziemniaki są przypalone tylko trochę. Odcinam chrupiące części i nagle wpadam na pomysł zjedzenia ich z masłem. Robię to natychmiast i wydobywam z pamięci smak ziemniaków pieczonych w ognisku. Ognisko… pozwalam snuć się wspomnieniom swobodnie po mojej głowie i kuchni. Stoję więc na przypalonym garnkiem i rozkoszuję się chyba w równym stopniu smakami, co obrazami.

Nagle przypomina mi się moje pierwsze ognisko w życiu. Zadziwia mnie pojemność pamięci. Do dziś nie wiedziałam, że ciągle mam to na jednym z regałów w pamięciowym labiryncie mojej gigantycznej biblioteki.

To musiały być wakacje. Tak sądzę, bo rodzice nas wysyłali raz w roku na dwa miesiące wakacji do babci. Nie pamiętam, ile miałam lat. Nie wiem, czy chodziłam do szkoły. Niekoniecznie. Wakacje w tamtych czasach były utożsamiane z letnim urlopem po prostu.

Zapadł zmrok. Jestem bardzo podekscytowana, bo zwykle, jak było ciemno, to dzieci szły spać. Wtedy było inaczej, zrobiono wyjątek – obiecano nam ognisko. Idziemy w pola, trawiastą drogą. Trawa jest zimna, zupełnie inaczej niż za dnia. Wszystko zresztą przybiera jakiś niesamowity kształt. Mijamy stodołę. Nad głowami rozciąga się gwiezdny bezkres. Mały i Wielki Wóz. Plejady – wtedy nie wiedziałam, że to one, w miejscowym języku nazywane były Babkami. To wiem dziś. Idziemy do przykopy. Starsi rozpalają ognisko, my maluchy siadamy na kocach i mamy nie przeszkadzać. Nie mogę się nadziwić temu nocnemu światu. Nie pamiętam, co robili starsi, czyli moje ciotki i wujkowie, którzy wtedy mogli mieć 16-18 lat. Siedzimy i patrzymy na ogień i w tę czarną noc. Prawdopodobnie nie byłam nigdy wcześniej poza domem o takiej porze. Mamy ziemniaki, sól i masło zrobione przez babcię. Wielokrotnie brałam udział w rytuale robienia masła w kuchni skąpanej porannym słońcem. Babcia nie przeganiała ciekawskich dzieci, przeciwnie, pozwalała nam brać udział w różnych dorosłych sprawach, wydzielając odpowiednie dla nas czynności. Oczywiste więc dla mnie było, skąd mamy masło. Jemy ciepłe kulki w czarnych chrupiących skorupkach, posypujemy solą i okładamy masłem. Delektujemy się smakołykiem ciemną nocą, pożerając je czarnymi ustami.

Dobrze, że dziś przypaliłam te ziemniaki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *