Pakuję się. Zaczynam mój drugi tydzień urlopu. Mam w planie zakończyć zdobywanie Korony Gór Polski. Pakowanie wywołuje we mnie pewnego rodzaju ekscytację, bo to już jest początek podróżowania.
Moim pierwszym celem jest Mogielica. Ruszam. Lubię prowadzić i patrzeć na taśmę filmową przesuwającą się przed moimi oczami. Obserwuję, jak pasek drogi przesuwa się, przenika mnie i mija. Domy, drzewa, ludzie zostają w tyle. Powołuję się do istnienia w pojawiających się nowych sceneriach.
Docieram na leśny parking stosunkowo wcześnie. Oznacza to, że mam cały dzień na to, żeby wejść na Mogielicę. Uwielbiam się nie spieszyć. Wtedy czuję życie.
Pogoda jest idealna. Błękit nieba kontrastuje ze złotem liści rozsypanym gdzieniegdzie w zielonych koronach drzew. Nie jest to jeszcze rozbuchana jesień, raczej jej nieśmiałe pierwsze kroki.
Mój błogi nastrój przerywa znak z jednoznaczną informacją: „Zakaz wstępu, zabiegi gospodarcze związane z pozyskaniem drewna. Obowiązuje od 28.08.2024 do 30.10.2024”. Zatrzymuję się. Stoję chwilę i zastanawiam się, co za geniusz ten znak postawił w środku lasu i żadnej informacji przy wejściu na szlak. Słyszę pracujące maszyny. Przejście może być problematyczne. Analizuję mapę i postanawiam obejść te prace dziką ścieżką i dojść do szlaku żółtego, biegnącego grzbietem przez Mały Krzystonów. Moja trasa nieco się wydłuży, ale mam czas, pogoda jest stabilna, nocleg mam 12 minut od parkingu (jak mi się jeszcze wtedy wydawało). Ruszam więc w dzikość. Po chwili odsłaniają się dalekosiężne krajobrazy. Idę i odczuwam autentyczną radość z każdego kroku. Nie spieszę się, smakuję sobie ten czas powoli. Została mi ostatnia prosta do grzbietu. Wchłaniam delikatne ciepło słońca, zapachy, kolory, dźwięk szeleszczących liści pod stopami. Dźwięk szeleszczących liści… Staję nagle, bo to nie jest szelest spod moich stóp. I żadne tam szelestki liściowe, delikatne. Nie. Coś po mojej lewej stronie, nie widzę, ale moja wyobraźnia mi podpowiada, że coś, jakby jakieś wielkie cielsko mościło się w gęstwinie. Nie wydało żadnego mruknięcia ostrzegawczego. Mój mózg szybko zaczął analizować sytuację: sarenka z pewnością nie, mógłby to być jeleń, niedźwiedź albo dzik. Obstawiam dzika. Szybko szacuję okoliczne drzewa. Nie rokują dobrze. Żadne nie nadaje się do wspinania, bo albo są to buki z gładkimi, lśniącymi korami albo rachityczne samosiejki. Zawrócenie nie wchodziło w grę, bo byłam w środku lasu, pośród dzików moszczących się za każdym drzewem. Analiza zajęła ułamki sekund. Dzięki podwyższonej adrenalince, ruszyłam zadziwiająco szybko pod górę – uznałam, że to najlepsze wyjście. Po kilku metrach, to samo moszczenie się cielska usłyszałam po lewej. Nie zwalniałam tempa. Po drodze mijałam ślady zrytej ziemi, co mnie utwierdziło w przekonaniu, że znajduję się w królestwie dzików. Od dziś postanawiam nie chodzić sama poza szlakami. Z gęstwiny wpadłam na kobietę z dwójką chłopców prowadzących psy na smyczy. Bardzo się ucieszyłam na widok ludzkiej istoty w tej dziczy i radośnie powiedziałam dzień dobry. Kobieta wydała się zaskoczona chyba tym nagłym moim wychynięciem zza krzaków. Szybko otaksowała mnie wzrokiem i przyspieszyła kroku ciągnąc za sobą chłopców i psy. Poczekałam aż się nieco oddalą, nie chciałam ich więcej straszyć. I powoli wróciłam do delektowania się leśną wędrówką.
Docieram na Polanę Stumorgową, królową wśród polan. Mijam tańczące na wietrze trawy. Z Mogielicą spoglądamy na ograniczające horyzont Tatry oraz sylwetkę Babiej Góry i pomniejsze pagóry, rozbiegane we wszystkie strony świata.
Postawiam wrócić szlakiem, na którym spotkałam zakaz wstępu. Nikt nie namówiłby mnie na trasę wśród dzików. Uznaję, że po południu nie będzie prowadzonych prac gospodarczych. Nie było. Przygnębiło mnie mijane pobojowisko.
Zapach zielonej krwi drzewnej odprowadza mnie na parking.
Po drodze wstępuję do sklepu. 12 minut do miejsca noclegowego. GPS prowadzi mnie przez malownicze wioski, zachwycające krajobrazy i coraz węższe drogi. W końcu jadę drogą jednosamochodową i zastanawiam się, jak ludzie tutaj żyją i, że nie jest możliwe na takiej drodze minąć się. I zanim moja myśl się zdematerializowała, już musiałam testować to mijanie się. Okazuje się, że jednak jest to możliwe, wymaga tylko maksymalnej uwagi z dwóch stron.
GPS pod kościołem radośnie oświadcza mi: „Jesteś na miejscu”. Przecież widzę, że nie jestem. Nie zamawiałam noclegu w kościele. Tępej maszynie coś się pomieszało. Zatrzymuję się na parkingu, sprawdzam adres raz jeszcze, porównuję z informacjami z rezerwacji. Wpisuję adres ponownie. Jest nowa trasa. Jadę. Za kilka metrów znów dowiaduję się, że jestem na miejscu. Dzwonię do właściciela obiektu. Dostaję dokładne informacje, które należy wpisać do GPSa. Ruszam. Skręć w lewo. No to skręcam. Jadę między domami. Na końcu drogi jest brama, a tępa maszyna mi każe jechać prosto. Wracam pod kościół i zaczynam moją pielgrzymkę znów. Sprawy nie ułatwia zapadający zmrok. Skręć w lewo. W inne lewo. Jadę kolejną wąską dróżką. Kończy się asfalt. Zaczynam powątpiewać. Sprawdzam mapę – 400 m dalej ma być kwatera. Za asfaltem są ułożone płyty. Znam takie płyty, widywałam wielokrotnie na podjazdach w górach. Jadę powoli. Zmrok zdążył zapaść całkowicie. Płyty się kończą. W światłach reflektorów widzę wysokie, dzikie trawy. Sprawdzam lokalizację. Tępa maszyna każe mi jechać dalej. Wysiadam z samochodu, żeby sprawdzić, czy jest szansa na zawrócenie. Żadnej. W koło chaszcze, zarośnięty, wąski mostek oraz rów, głębszy po lewej. Nie mam wyjścia, muszę cofać. Po ciemku i z góry. Co chwilę zatrzymuję się i sprawdzam, jak jadę. Tylna szyba nie jest przystosowana do takich warunków, widać konstruktorom się nie śniło. Skupiam się. Nie mogę tu utknąć, bo oczywiście nie ma zasięgu. Przemieszczam się w dół, bo trudno to nazwać jazdą. Przedzieram się przez mrok i trawy. Trwa to wieczność, w końcu jednak udaje mi się dotrzeć do cywilizacji. Dzwonię do właściciela raz jeszcze. Ucieszył się, bo nie mógł się do mnie dodzwonić i się dziwił, że byłam 6 minut od kwatery, a minęła godzina i mnie nadal nie było.
Przyjechał po mnie. Poprowadził mnie drogą, której GPS nie miał… Rano prześledziłam tę trasę raz jeszcze. Po to, żeby zrozumieć i uniknąć takich problemów w przyszłości. Nie wiem, co się tam wydarzyło. Rano GPS nadal pokazywał mi drogi, których nie było, a te które były, nie wyświetlał. Trójkąt Bermudzki jakiś. Rozciągacz czasu, który z 12 minut czyni godzinę.
Bardzo dziki dzień