Panie z Klubu Seniora są zagubione. Stają na krawężniku świata i patrzą na pędzącą rzeczywistość. Wodnisty wzrok rozpływa się w mijającym biegu, jak szklane oczy lalek. Nie ma przystanków.
Pani Marcjanna leży w łóżku i nie wiemy, co widzi. Kiedyś to była pani. Kupowała sobie kolorowe kapelusze. Dziś leży i umiera.
Pani z Klubu Seniora przyszła odwiedzić panią Marcjannę. Akurat przechodziłam obok, więc też zajrzałam. Pochyliłam się nad łóżkiem i zapytałam:
– Dzień dobry. Ma pani imię? I co tam pani ma?
– Dzień dobry. Nic. Jestem Ma-rcjanna. I mnie nie ma.
Wróciłam do domu. Zza firanki obserwowałam mieszkanie pani Marcjanny. Koło południa podjechała furmanką. Przez blisko godzinę układała na niej pudełka z kapeluszami. Potem odjechała. Pani z Klubu Seniora stała w drzwiach klatki schodowej i machała chusteczką na pożegnanie.
Pani Marcjanna wyjechała. A w naszej miejscowości spadł śnieg.
Właściwie to nie był śnieg. Tysiące miniaturowych kapeluszy sypało z nieba.
Wirując i tańcząc na wietrze