I tak oto nastał marzec. Jak? Szybko jakoś. Dopiero kończył się grudzień, szkoła, film…
Weekend poświęciłam na uczenie się. Uczę się do egzaminu. Powoli mój mózg osiąga stan nasycenia i muszę od czasu do czasu się oderwać. Słucham więc muzyki i rozmyślam sobie.
Nie pojechałam do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Naszej cudownej. Agnieszka nie obraziła się na mnie, chociaż byłyśmy umówione. Doświadczyłam prawdziwie przyjacielskiego zrozumienia. Stałam na ulicy w Katowicach rozmawiając z Agnieszką przez telefon, prawie łykałam łzy z tego powodu, że musiałam zrezygnować. Czasami tak jest i to jest trudne. Poprosiłam Agnieszkę, żeby nie gniewała się. W odpowiedzi usłyszałam najlepszą odpowiedź, jaka mogła paść w tej galaktyce: „No co Ty! Spodziewałaś się, że zareaguję inaczej?”. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie, że ja też bym nie zareagowała inaczej.
Przyjaźń to takie lustro. Odbijamy się i przeglądamy w drugim człowieku.
I to piękne jest.
Nie pojechałam nigdzie, ani nigdzie nie wyszłam. Być może wcale tego egzaminu nie zdam. Może właśnie tak być. Nie mam jednak poczucia, że zmarnowałam czas. Luki w wiedzy są nieuniknione. Na nasze szczęście nie nastanie nigdy dzień, w którym nie będziemy mieli czego się uczyć. Nie staniemy nigdy z twarzą przypartą do muru wszechwiedzy.
Tak zapewne wygląda piekło, że dalej nie ma już nic.
Nie pojechałam nigdzie, ani nigdzie nie wyszłam?
A jednak.
Przemierzyłam przestrzenie, przebiegłam miejsca zwykle niedostępne.
I to jest, jak w górach.
Wchodzisz i widzisz nieograniczoną przestrzeń.
Za kolejną górą pojawia się kolejna.