Amadeo

Zadziwiamy się brakiem nachalności sprzedawców ulicznych. Zwyczajnie nas witają, pytają, który raz na Wyspach, czy wszystko w porządku, skąd jesteśmy. Na hasło „Poland” zewsząd sypią się polskie słowa: cześć, dzień dobry, Lewandowski, Duda. Pytają, który to dzień pobytu i porównują swoją czarną skórę z naszą, mówiąc, że po tygodniu też taką mieć będziemy. Parkamy śmiechem. W różnego rodzaju publikacjach, mieszkańcy Republiki Zielonego Przylądka określani są jako bardzo przyjaźni, dobrze nastawieni do turystów i nie stresujący się niczym i faktycznie tej dewizy „No stress” doświadczamy na każdym kroku. Sprzedawcy uliczni zapoznają się z nami, a jeśli nic nie kupujemy, nie narzucają się i nadal są dobrze usposobieni. Raj na ziemi.
Wchodzimy do miasta Santa Maria. Kolejny dzień pobytu, więc wiemy dokąd biegną okoliczne uliczki, z której strony jest ocean, przystanek, sklepy. Z pobliskiego murku zrywa się chłopak, biegnie w naszą stronę i woła do nas, że wczoraj rozmawialiśmy. Pamiętam i miejsce i chłopaka. Pyta o nasze imiona, chętnie je powtarza. Nawiązuje się relacja. Pytam o jego imię. Amadeo. Dodaje, że jak Mozart. Przyglądam mu się dłuższą chwilę. Jest naprawdę niezły. I tylko czekam, co nam będzie chciał sprzedać. Niestety nie rozczarowuje mnie. Moje oczekiwanie nie trwa długo. Informuje nas, że jest artystą i że pokaże nam swoje dzieła. Prowadzi nas do stoiska pod ścianą – obrazy z piasku. Typowy produkt dla turystów. Magnesy. Rzeźby drewniane. Dokładnie takie, jakie Europejczyk sobie wyobraża, że powinny być z Afryki. Wszystko jak od matrycy, na linii produkcyjnej, identyczne w różnych sklepikach, bazarach, straganach. Amadeo zachwala dzieła jego rąk, nakłada nam na nadgarstki tandetne bransoletki z kolorowych plastikowych koralików. Podkreśla, że to za darmo i że nic nie musimy kupić. Skądś znam ten zabieg. Mruczę pod nosem, że w tym świecie nie ma nic za darmo. Amadeo nie słyszy, bo jest w transie. Opowiada, jak Polacy tu są lubiani, bo po pandemii, jako pierwsi wróciliśmy na wyspy, żeby wspomóc tutejszych ludzi utrzymujących się z turystyki. I oni to bardzo cenią i szanują. A ja sobie myślę, że to bardzo dobry sprzedawca. Biorę u niego 3 magnesy i pytam, jaka cena. A on na to, że poda mi cenę jedną za całe zakupy. Te metody też już spotkałam. Wypatruję starą książkę po francusku. I tu mnie ma. To jest moja słabość. Książka jest w złym stanie, ale Amadeo chciałby za nią 8 euro. Odmawiam. Odkładam rzeczy i mówię, że rezygnuję ze wszystkiego. Amadeo obniża cenę. Za chwilę dorzuca magnes. Liczę szybko. W centrum jest zdecydowanie taniej. Pakuje wszystko do reklamówki i dodaje kolejny magnes. W centrum nadal jest taniej. Ale ja odpuszczam. Patrzymy na siebie z Agnieszką i akceptujemy to naciąganie. Nie była to dla nas kwota wygórowana. Tu jest trudniej. Niech sobie więc Amadeo myśli, że ma moc.

W centrum znów słyszymy te same dowcipy o kolorze skóry. Tę samą „troskę”, czy wszystko jest dobrze, czy nam się podoba i zachęty do zakupów na bazarku, bo to „fair trade”, bo rękodzieło, bo część dochodów ze sprzedaży przeznaczają na ratowanie dzieci… Oni są naprawdę nieźli.

Chciało by się powiedzieć: Wiesz Amadeo? U nas jest tak, że przyjaciołom nie daje się zawyżonych cen. A wręcz przeciwnie. I nie jest naiwny ten, który się daje wykiwać. Tylko ten, który to robi, nie zasługuje na przyjaźń.

Ale to przecież nie jest żadna przyjaźń.
To jest marketing.
Africa style
Folklor dla turystów, którzy są od płacenia.
Jak w Zakopanem. Tylko taniej i cieplej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *