„Piknik pod wiszącą skałą”. Sama nie wiem… Poirytowałam się czytając to, a czytałam tylko dlatego, że mieliśmy się spotkać na „Rokita czyta”. Miałam akurat urlop. Byłam sobie w śnieżnym Korbielowie i delektowałam się jazdą na nartach, upojnymi widokami górskimi, które działały na mnie kojąco, a po nartach czytałam. Czytałam, co jakiś czas zrywałam się wykrzykując „Jak można napisać książkę o niczym!”. I wracałam do czytania. To znów „To przecież nie jest o żadnym pikniku!” I tak było do dwóch trzecich książki. a potem… z szeleszczących kartek zaczęła sączyć się tajemnica… I dziś o tym rozmawialiśmy. Lubię te nasze spotkania. Okazuje się, że każdy z nas wpada na coś innego. Lubię nas słuchać. Dużo było o żywiołach i naturze. O naszym konwencjonalnym świecie. O niedoskonałych próbach wciskania go w nasze ramy postrzegania. Baszka wspomniała o osieroceniu. Takim dwupoziomowym. Było też o postrzeganiu czasu, znaków, kobiecości. Przewinął się także Heidegger i sprawa nagości. Czasami myślę, że to, co czytamy ma mniejsze znaczenie. Książkę trzeba tak przenicować czuciowo i myślowo. Na wskroś.