Przystojny Włodek

Snuję się z rana po domu z moją ulubioną kawką w filiżance. Dobudzam szary świat wokół i nagle… przypomniał mi się przystojny Włodek. Nie miałam pojęcia, że Włodziu leży gdzieś na półkach mojej pamięci. Parskam śmiechem, bo historyjka sprzed ponad czterdziestu lat, z czasów gdy miałam może czternaście lat. Zabawne przypomnieć sobie siebie z wieku totalnej naiwności. Jeszcze zabawniejsze jest uświadomienie, że tej naiwności chyba się nie udało wyzbyć do końca.
Włodek był osiedlowym przystojniakiem. Czasami przychodził do naszej szkoły porozmawiać z jakąś piękną dziewczyną. Stawał przy ogrodzeniu, ona do niego podchodziła i stali i rozmawiali. On coś jej szeptał na ucho, wybuchali śmiechem, to znów jakiś poważny temat wypływał, bo żywo dyskutowali. Czasem to była inna dziewczyna, ale zawsze jedna z tych najładniejszych, o których cała szkoła szeptała z kim akurat chodzi albo z kim zerwała. My, szare myszki, nijakie, stanowiące tło, tylko się temu przyglądałyśmy, w duchu zazdroszcząc przygód na miarę powieści Krystyny Siesickiej czy Małgorzaty Musierowicz, w których wszystkie się zaczytywałyśmy i z których czerpałyśmy wiedzę o życiu. Tak się zakochałam we Włodku. Patrząc na niego z oddali.
Na czym polegało zakochanie w tamtych czasach? Na wiecznym gadaniu o nim z przyjaciółkami, na wzdychaniu i rozmyślaniu, ale przede wszystkim na łażeniu w te miejsca, w których można by było go spotkać. Po co spotkać? Wiadomo. Po to, żeby on ZOBACZYŁ. Przeważnie nie zobaczał, bo go tam nie było. Nie miałyśmy pojęcia przecież, co on w życiu robi i gdzie bywa. Za to jakimś wszechświatowym prawem działo się tak, że jak rodzice przymusili cię w biały dzień, do wyniesienia kubła ze śmieciami (nie było tych gustownych worków dyskretnie ukrywających odpady życia przed innymi) i jeśli akurat miałaś tłuste włosy, a na nosie wyskoczył Ci pryszcz, to było pewne, że wpadniesz na niego. I następował koniec świata.
Dziś nie pamiętam, w jakich okolicznościach zagadał do mnie. Byłam w siódmym niebie. I ósmej klasie. Od tego momentu z koleżankami wystawałyśmy na ulicy, zawsze w tym samym miejscu, licząc na to, że może znów będzie przechodził i znów się odezwie. I tak się czasami zdarzało. Całym stadem też, niby przypadkiem ,chodziłyśmy koło jego bloku, żeby go spotkać (któraś się dowiedziała, gdzie mieszka). Wieczorami, gapiąc się w niebo układałam długie dialogi, prowadziłam z nim fantastyczne rozmowy, tyle, że nigdy nie przeprowadzone w rzeczywistości. Koleś musiał mieć chyba nieustającą czkawkę. Tak wyglądała moja miłość do Włodka w wieku czternastu lat.
Potem Włodek gdzieś zniknął. Nic dramatycznego, pewnie się wyprowadził. Moje myśli także popłynęły w inną stronę. Skończyłam podstawówkę, poszłam do liceum.
Minęło 30 lat, przez które Włodek nie pojawił się w moich myślach ani razu. Aż pewnego dnia… Był to czas, kiedy byłam jeszcze nauczycielem. I fajną laską też już byłam. Szaromyszowość ulotniła się z czasem ze mnie. Głównie dlatego, że wypięłam się na rozterki dotyczące mojego wyglądu i zapanowała wewnętrzna harmonia polegająca na tym, że jak się komuś podobam, to cudownie, a jak nie, to wypad na drzewo. Poza tym już wiedziałam, że przystojne Włodki, to najczęściej pustaki i że wartość człowieka nie jest zaklęta w wyglądzie.
W szkole trwało zakończenie roku szkolnego. Mnóstwo rodziców i ogólne zamieszanie, bo było uroczyste wręczanie świadectw i próbowaliśmy tworzyć takie fajne rodzinne przeżycia, bo przecież kończenie pewnego etapu edukacyjnego, to ważny moment. Nagle w tym rozgardiaszu słyszę za plecami głos Włodka. Stanęłam i zachichotałam wewnętrznym śmiechem czternastolatki. To on! Chwilę tak stałam nie odwracając się, wsłuchiwałam się w jego głos. Nie miałam wątpliwości. Nie zapomina się obiektu swoich wielotygodniowych westchnień. Powoli się odwróciłam, żeby GO zobaczyć, ciekawa, jak się przystojniak miewa po latach. Oczywiście nie było opcji, że on mnie rozpozna, bo nigdy nie byłam w jego myślach. Stoję naprzeciwko łysiejącego kolesia z niezłym brzuszkiem. Z tego kolesia wydobywa się głos Włodka. Nie wierzę. A jednak. To on! Pomyślałam, że tak kończą przystojne Włodki. Opakowanie gdzieś z czasem się rozpływa i chwała niebiosom, jeśli coś w tym opakowaniu było, bo jeśli nie… Jestem ubawiona wewnętrznie do łez. Śmieję się z siebie, z tego, jak potrafimy tworzyć wizje, które w danym momencie życia zasłaniają nam rzeczywistość i urastają do rangi problemów rozdmuchanych pod samo gwieździste niebo. Zaiste urocze było to spotkanie po latach. Nawiasem mówiąc Włodek, chociaż z mocno znoszoną już przystojnością, wydał się bardzo sympatycznym facetem,
Nasłuchujcie dziewczyny! A nuż… tuż za Waszymi plecami rozlegnie się głos Włodka…?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *