Zielony stołeczek

Zawsze chciałam, żeby moje dzieci były szczęśliwe. Nie jest to dziwne, bo to chyba stan naturalny każdego rodzica. Robiłam, co mogłam, a możliwości były różne, często dość słabe. Niska wypłata początkującego nauczyciela, podjęcie studiów wieczorowych i prowadzenie domu. Ale nie o sprzątanie chodzi. Raczej o tworzenie domu i rodziny w nas.

Najpierw w swoim pokoju Nina i Przemek mieli starą meblościankę dziadków, taki typowy PRL na wysoki połysk. Żeby nie było sztywniacko, poustawiałam wszystkie segmenty niestandardowo, tak, żeby mieli dostęp do wszystkich półek. Potem Ola podarowała nam śliczne zielone meble, takie normalne, jakie dzieci miewają w swoich pokojach. Na suficie położyłam niebieską tapetę, żeby imitowała niebo, po prawej stronie tapeta w ciężarówki – dla Przemka, po lewej w miśki – dla Niny. Kupiłam im wykładzinę z ulicami, skrzyżowaniami – idealna do zabawy. I fajnie było. Któregoś dnia sąsiadka dała mi 2 małe, drewniane stołeczki, tzw. ryczki. Białe, z mocno już zmęczonym lakierem, z mnóstwem odprysków. Dzieci się bardzo ucieszyły, bo to było coś w sam raz na ich wzrost, jakby z ich świata. Zrobiliśmy sobie zabawę w odświeżenie stołeczków. Asystowali mi przy malowaniu ich na zielony kolor. Taki zielony, żeby pasował do ich pokoju.

Tworzenie rodziny polegało także na tym, że zarówno Przemek, jak i Nina, wiele rzeczy robili samodzielnie. Uwielbiałam ich małe, mądre mózgi, a skoro były z nich mądrale, to było oczywiste, że tak proste czynności, jak ubieranie się, wykonywali sami. Ja tylko nadzorowałam, żeby odzienie było odpowiednie.

Rano zwykły pośpiech. Przemek i Nina się ubierają, ja także. Codziennie muszę pamiętać, że staję przed około dwudziestoma parami oczu nastolatków. Nic by nie umknęło ich wzrokowi, ale nie stresowałam się. Lubiłam moich uczniów. Jednakże po co bez potrzeby się wystawiać? Szybko do samochodu – Przemek do przedszkola, Nina do żłobka, ja do szkoły.

Po pracy zgarniam Przemka. Żadnych ekscesów, codzienne rytuały oglądania rysunków na wystawie. Odbieram Ninę. Wyczuwam jakiś dziwny wzrok pań ze żłobka. Jest to dość niejasne wrażenie. Tłumaczę sobie, że chyba mi się wydaje. Długo jednak nad tym nie myślę, bo moje dzieci zawsze były wściekle głodne, więc zmykamy szybko do domu.

Wszystko wyjaśnia się wieczorem. Dzieci zakładają piżamki, paplają jedno przez drugie, a na mnie nagle spływa zrozumienie. Nina ma cały zielony tyłek. Poprzedniego dnia tłumaczyłam, żeby nie siadać na świeżo malowanym, ale szelma musiała mnie nie posłuchać.

Wiem też, co było w tym wzroku pań ze żłobka. Takie pytanie, czy my wszyscy jesteśmy w tym klubie zielonych tyłków?

Zielony stołeczek mam do dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *