Dziś mija dwa tygodnie i cztery dni od mojej operacji kręgosłupa. Żyję. Chodzę. Oddycham. Wyobrażałam sobie to, jako horror, ale rzeczywistość rozminęła się z wyobrażeniami. Śmieję się z tego, bo znów się dziwię, a to przecież przeważnie tak jest. Na drugi dzień po operacji wstałam i zaczęłam chodzić. Przeszłam się nawet po schodach. Nie do uwierzenia! Odstawiłam wszystkie środki przeciwbólowe. Nie były mi potrzebne. Trzeciego dnia do domu. I tu się zaczęło. Kręgosłup OK, ale dopadła mnie jakaś bezsenność, to zimne, to gorące poty zalewały mnie jak pływy na Mont Saint Michel. Do tego takie osłabienie, że nie wstawałam z łóżka. Co się okazało? Zespół abstynencji po odstawieniu opiatów… Powinno przejść po około 10 dniach. Może czternastu. Może dwudziestu… Ustaliłam sobie, że ma to nastąpić w dniu dziesiątym, bo nie chce mi się marnować L-4 na jakieś bezsensowne chorowanie w łóżku. Musiałam się siebie wystraszyć, bo zadziałało. W dziesiątym dniu urok ustąpił nieco. Moje plany wysnuły się potoczyście. I prawie się udało, jednakże dopadło mnie zapalenie gardła, zatoki, katar, kaszel, przy temperaturze 36,2… Tydzień w łóżku. Antybiotyk. Poprawia mi się. Nie wiem, czy się cieszyć. Bo myślę, co teraz? Może sraczka. Bo urok już był…