Jestem absolutnym fanem kawy Nescafé. Budzę się rano, robię tę kawę w mojej ulubione filiżance i jeszcze na pograniczu snu snuję się w piżamce i szlafroczku po mieszkaniu. Spoglądam na świat z okna w kuchni, to znów lewituję do pokoju, wraz z unoszącym się aromatem, oplatającym moje myśli i zakręcającym koło szafy i wodzącym mnie na powrót do kuchni.
Musi być Nescafé classic i basta. I żadne inne jej odmiany czy też inne kawy. Normalnie nie ma sensu dociekać dlaczego, coś się lubi. To raczej proste jest. Nie można nagle ustalić sobie, że od dziś będzie się uwielbiać na przykład kolor niebiski czy nie znosić zielonego. Nie można także postanowić sobie nagle, że się kogoś będzie kochać albo, że nie będzie. Jest albo nie ma. Jednakże w przypadku mojego lubienia tej kawy, przypominam sobie dokładnie moment, w którym oszalałam na jej punkcie.
Nie pamiętam dokładanie, w którym roku się to wydarzyło, sądzę, że około 2001, wiem na pewno, że przed wejściem Polski do UE. Wybraliśmy się do Francji dwoma samochodami: w jednym ja z kuzynem Piotrem, kuzynką Kasią i moim synem Przemkiem, wówczas 9-letnim, w drugim mój brat ze swoją rodzinką. Celem było Lille, spotkanie z Ewą, kuzynką, a następnie zwiedzanie Brugii, Mont Saint Michel, Etretat oraz alei megalitycznych w Carnac. Wybraliśmy się w podróż do świata, na który, w tamtych czasach, mogliśmy raczej spoglądać, jak dzieci przyklejające nos do szyby wystawowej sklepu z łakociami. Różnice w zarobkach i cenach były tak gigantyczne, że nie było nas stać na nic. Zaoszczędzone pieniądze wystarczały zaledwie na paliwo i opłaty za noclegi na polach namiotowych. Praktycznie całe jedzenie wzięliśmy ze sobą, ograniczając ewentualne zakupy do minimum. Pamiętam z tamtych czasów, z tych miejscowości turystycznych, pięknych ludzi, siedzących w restauracjach, delektujących się jakimiś niezwykłymi potrawami. Przyglądałam się im bez zazdrości, raczej z zaciekawieniem i próbowałam sobie wyobrazić, jak wygląda takie życie, że możesz po prostu wejść do restauracji i coś sobie zamówić. Te wyobrażenia poprzez moje myśli przenikały do mojego życia i stawały się moim udziałem. W znakomitych nastrojach celebrowaliśmy naszą przygodę, przygotowywanie posiłków na trawnikach wielkich miast, plażach, polanach leśnych. Szczęście często przybiera bardzo proste formy.
Aaa o Nescafé mojej miało być! Przekroczyliśmy granicę z Niemcami, ostatnią granicę na naszej drodze (poza oczywiście granicą powrotną). Byliśmy podekscytowani tą myślą, gdyż ledwie się mieściła w naszych umysłach wizja państw bez granic. Jechaliśmy nocą. Widoków nie było żadnych. Strasznie długo. Wtedy po raz kolejny odczułam, jak duże są Niemcy. Czas się dłużył, noc się rozciągała, jakby zahaczona o tylni zderzak i naciągała swoją grubą, ciemną kołdrę nad nasze głowy. Zaczynało być męcząco. Tuż przed świtem zrobiliśmy sobie przerwę. Zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu. Nie miałam bladego pojęcia, gdzie jestem, w sennym mózgu ledwie tworzył się ogólny zarys topografii i głównie kołatała myśl, że gdzieś w Niemczech. Co było synonimem bliżej nieokreślonego krańca świata, bez charakterystycznych cech, gdyż wszystko majaczyło w mroku. I w zimnie. Wysiedliśmy na tym parkingu, który mógł być wszędzie. O lodowatej porze, takiej, jaka się tworzy tuż przed świtem, w momencie, w którym temperatura spada tak nisko, żeby stworzyć ogromny kontrast z budzącym się, słonecznym dniem. Być może po to, żeby tym bardziej jego ciepło i światło docenić. I na tym pustkowiu, w czarnym i lodowatym powietrzu nagle mój kuzyn zapytał, czy chcę się napić kawy. To było tak abstrakcyjne, jakby nagle ta kawa miała dostąpić cudu stworzenia. Tymczasem zwyczajnie mi ją nalał do kubka z termosu. I w miarę, jak wlewał czerń tej nocy, to rozpływała się w cudnym zapachu i smaku. Istna magia. To zderzenie gorącej kawy, z mroźnym odczuciem, w które spychała mnie fizyczna rzeczywistość, zapadło w mnie tak głęboko, że zamieniło się w uwielbienie dla tej kawy. Od tego czasu, przez następne dwadzieścia lat, każdego poranka, z każdym łykiem kawy, przenoszę się na tamten parking. Nieodmiennie, wraz z tym gorącym, czarnym płynem zaczyna krążyć we mnie, ekscytacja wielką przygodą i wiara, że coś niezwykłego się znów wydarzy, jakiś cud życia, nadzieja na nowy dzień – taka, którą może przynieść tylko świt.