Baudolino II

„Baudolino” (Umberto Eco) zaczęłam czytać w sierpniu, ale musiałam przerwać, bo pojawiły się inne priorytety. Dziś skończyłam. Zamknęłam końcową okładkę z jakimś gorzkim smakiem w sobie. Przez chwilę gapiłam się w ścianę śledząc w niej ostatnie ścieżki Baudolina, jego smutne ślady znikały w nierównościach tynku, przeplatane zabawnymi zdarzeniami, istnymi szelmostwami ośmieszającymi i piętnującymi nasze drobne, w naszych oczach niby głęboko przemyślane, poglądy, zachowania, opinie z lubością wygłaszane, żeby pompować własne ego. W gruncie rzeczy jednak jednakowo żałosnych. Pogoń za jakąś ułudą, której powiew jeszcze poruszał firanką w oknie mojego pokoju, mimo, że książka przeczytana, skończona, leżała już milcząco gapiąc się we mnie. Wieczne poszukiwanie świętego Graala, Gradalisa. Wodzenie samych siebie za nos. Idealne podsumowanie: „Dzisiejszego wieczoru zrozumiałem, że nie mogę go mieć (…) powinienem tylko podsycać płomień, pragnienie jego poszukiwania. Zatrzymaj więc tę czarę, która władzę przyciągania ludzi ma tylko wtedy, kiedy nie można jej odnaleźć.” I dalej: „niech nikt nie zabija swojego marzenia, kładąc na nim rękę”. I niemalże uzasadnienie wiecznego łgarstwa, z którego utkana była jego postać: „w wielkiej Historii można zmieniać maleńkie prawdy, by tym bardziej ukazać prawdę większą”. Mieszanka. Taka, że zaczynasz się śmiać, ale nim śmiech wybrzmi do końca, spostrzegasz, że to płacz jest właściwie. Tak rzeczy w tym świecie się mienią i przeobrażają, zmieniając konteksty, blakną i znikają. Jak ludzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *