Lizbona III

Słońce świeci. Dostrzegam na ulicy termometr, wskazuje 33 stopnie. Niezły kontrast z pogodą w Polsce, o której rodzina i przyjaciele mnie informują każdego dnia. Doświadczam więc dziwności istnienia, jak bym nie mogła uwierzyć, że ten zimny świat gdzieś istnieje. Mój świat przecież. Zmierzam w kierunku metra. Mam czas, idę leniwo, wraz ze świecącym słońcem, które podąża równie leniwo za mną. Przechodzę koło lokalnego fryzjera i myślę sobie, że to jest jak u nas. Mały lokal dla osób z okolicy. Po zrobieniu kliku kroków, nagle zatrzymuję się i wpada mi do głowy pomysł, żeby ściąć włosy. Pomysł spada nagle prosto z błękitnego nieba, aż się sama temu dziwię i zaśmiałam się w duchu, że to byłoby odjechane wejść do tego fryzjera i poprosić o ścięcie włosów. Minutę później stoję w drzwiach. Pani fryzjerka farbuje włosy klientce, zagaduję do niej po angielsku, ona nie rozumie. Pokazuję więc na migi, że chcę ciachnąć włosy i pokazuję na zdjęcie, na którym jest mniej więcej fryzura, o którą mi chodzi. Fryzjerka śmieje się serdecznie i mówi do mnie po portugalsku. Rozumiem, że prosi, żebym przyszła jutro. Tłumaczę jej, że mogę wyłącznie teraz. Włączam translator, bo widzę, że jest trochę zestresowana. Zaczynam od wpisania zdania, że przepraszam, że teraz się wcinam i pokazuję najpierw to zdanie tej farbowanej klientce. Po chwili wszystkie trzy śmiejemy się w jednym języku ludzkim po prostu. Potem wpisuję to, że chcę ściąć włosy. Fryzjerka z cudnym uśmiechem odpisuje, że oczywiście możemy to zrobić teraz. Czekam więc na swoją kolej, która nadchodzi po jakichś pięciu minutach. W świetnych nastrojach dokonuje się moja metamorfoza. Okazuje się, że fryzjerka ma na imię Vivi i jest z Brazylii, Brazylijką jest także jej klientka. Na koniec robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Wychodzę w doskonałym humorze. Przygody trwają. Lizbona to miasto cudnych kadrów, bardzo górzyste. Po pokonaniu kilku kilometrów i 56 metrów przewyższenia docieram do fantastycznej restauracji, poleconej przez dwie zaprzyjaźnione Portugalki. Przede mną jest dwanaście osób oczekujących i trzeba się zapisać do komitetu kolejkowego. Nie chce mi się czekać ponad godzinę. Rezygnuję z widmem śmierci głodowej w oczach. Wszystkie restauracje są wypełnione po brzegi. Pod koniec września, w środku tygodnia? Takie zdziwienie kulturowe mnie dopada. Idzę już prawie bez nadziei, gdy nagle dostrzegam bar, z zewnątrz dość siermiężny, ale wyglądający sympatycznie. Nie ma w nim przepełnienia i trafiam na świetną obsługę. Okazuje się, że to bar brazylijski – zatem dzień pod znakiem Brazylii 😃 Odnośnie menu zdaję się na kolesia obsługującego, proszę tylko o rybę. Wybór doskonały, jedzonko pyszne, w miłej atmosferze i porozumieniu angielsko-francuskim. Obsługujący chętnie uczy się kilku słów po polsku. Dzień kończę kadrami po zapadnięciu zmroku, w mieście pełnym życia. O tak, zdecydowanie chce się żyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *