Il Duomo

Po nieoczekiwanej Weronie nadszedł czas na katedrę w Mediolanie, il Duomo. To akurat było od bardzo dawna w planie. Uwielbiam katedry gotyckie. Ich monumentalność, lekkość i finezję, a przede wszystkim zamysł ich twórców. Ponadto te katedry są namacalnym dowodem na ludzką tęsknotę za czymś wzniosłym, mistycznym może. Za tym, żeby wznieść się ponad codzienny syf i dotknąć transcendencji, niezależnie od tego, kiedy i gdzie się żyje. Za każdym razem katedry wyzwalają we mnie takie myśli. Ciekawe, co się wydarzy, gdy zobaczę katedrę w Ulm? – taki plan na deser kiedyś. Katedra na deser – niezłe menu.

Na wyjazdach lubię używać transportu publicznego, bo jest to namiastka prawdziwego życia, doświadczenie danej rzeczywistości, nieturystycznej. Siedzę na przystanku z innymi ludźmi. Jadącymi do pracy, na zakupy, z dziećmi, bez dzieci, jedni milczący, inni rozprawiający głośno lub rozmawiający przez telefon. Jadę autobusem, patrzę na ludzi, na to, jak się zwyczajnie żyje. Na trasie rozpoznaję już dzielnice, niektóre budynki, skwery, graffiti. W ten sposób wtapiam się w ten ichniejszy świat. Nie czuję się tu obco, z czasem udaje mi się po prostu oswajać otoczenie.

Wychodzę z metra pod katedrą. Nie dziwię się tłumowi, który natychmiast wciąga mnie w swój wir i staję się jego trybikiem. Mam ponad godzinę do wejścia na dach. Postanawiam ją obejść, przyjrzeć się z pewnej odległości. W Weronie dopadł mnie pewien rodzaj egoizmu, według którego chciałam, żeby ludzie poznikali, żebym mogła się nią delektować sama, mieć ją na wyłączność. Tutaj nie mam tego uczucia. Doświadczam ludzkiej obecności. Różnorodności, sposobu ubierania się, zachowania, mówienia. Fascynujące. Każdy tu przyjechał ze swoimi planami w sobie. Nad całym placem dominuje ogólna radość i ekscytacja. Ludzie robią sobie zdjęcia, często proszą mnie, żebym im zrobić. Włóczę się powoli, więc na tle poruszającego się mrowiska, zdaję się trwać. Więc podchodzą do mnie i podają mi komórki, aparaty, wdzięcznie pozują do swoich wspomnień. Daję się unieść tej radości. Bez pośpiechu obchodzę więc tę katedrę. Przyglądam się różnym szczegółom. Zachwyca mnie. Błękit nieba cudownie współgra z jasnym marmurem. Budowa trwała sześć wieków. Sześć wieków zbliżania się do doskonałości. Dotykam kamienia. Spodziewam się zimna, jak podanie ręki w chłodzie obojętności. Tymczasem jest to delikatny, ciepły uścisk dłoni, przyjacielski. Przesiąknął tym błękitem i słonecznością. Obcowanie z perfekcją wpływa kojąco na moją ułomność.

Spacer wokół zajmuje mi ponad godzinę. Nadchodzi mój czas wejścia na dach. Robię zdjęcia jak oszalała. Nie ma limitu czasowego, więc tutaj także nie spieszę się. Brak pośpiechu to są moje idealne wakacje. I dzieją się właśnie tak. Czas nie jest liniowy. Zmienia się w trwanie. Kiedy dotrę do hostelu? Wtedy, kiedy wsiądę do metra, potem do autobusu, przemierzę moją trasę powrotną i już. Wtedy.

Wracam. Drogą oswojoną. W planie mam oswajanie kolejnych dróg. Wszędzie czuję się jak u siebie, bo przecież gdziekolwiek byśmy się nie udali, to wszędzie mamy z sobą swój świat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *