Pobyt nad jeziorem Garda dobiegł końca. Edytka i Wojtek, mili ludzie, mieli mnie podwieźć do Pechiera del Garda, na dworzec kolejowy, skąd miałam ruszyć dalej, do Mediolanu. Gigantyczna burza w nocy, która rozlała się strumieniami deszczu oraz zaowocowała znacznym spadkiem temperatury, te nasze plany diametralnie zmieniła. Koniec końców znalazłam się w Weronie i choć w ogóle nie zamierzałam, ucieszyło mnie to niezmiernie, gdyż to miasto było na liście tych, które zawsze chciałam zobaczyć. Ogarniam bilety, zostawiam bagaż w przechowalni lecę porozglądać się. Daję sobie około 4 godzin, bo nie chcę dotrzeć do hostelu nocną porą. Generalnie dotrzeć na nocleg im później, tym lepiej, bo zawsze dążę do tego, żeby jak najmniej czasu spędzać w czterech ścianach. To rodzaj więzienia. Tym razem sprawa z hostelem też się nieco skomplikowała. Nie poszedł przelew na rezerwację, którą już dawno zrobiłam. Mimo, że sprawdziłam i wykonałam go ponownie, jak się później okazało, tylko mi się wydawało. Miałam potwierdzenie rezerwacji, które nagle znikło, nie zdążyłam zrobić screena i rezerwacja została anulowana. Najpierw myślałam, że to problem z Internetem na campingu, ale nie jestem tego pewna, bo całkiem możliwe, że to jakiś problem z mBankiem. Musiałam więc szybko szukać innego noclegu, co nie było zbyt łatwe, bo w Mediolanie nadal sezon trwa. W akceptowalnej cenie znalazłam hostel, jakieś 20 km od centrum i wiedziałam, że to będzie kolejne wyzwanie logistyczne. W Weronie było chłodnawo i nie padało. Idealnie dla mnie. Włóczyłam się różnymi uliczkami robiąc zdjęcia. Na ten słynny balkon też rzuciłam okiem i nie rozczarowałam się, bo wiedziałam, czego się spodziewać (widziałam kiedyś w jakiejś książce). Klimat miasta bardzo mi się podobał, usunęłabym z niego te całe tłumy i byłoby cudownie. Robienie zdjęć mnie tak wciągnęło, że zdążyłam na pociąg, nie zdążyłam natomiast na wystawę Banksy’ego, na którą impulsowo chciałam wpaść. Nic to. Jak się już wszystko zrobi, to znaczy, że można umrzeć. Tymczasem nie mam czasu na umieranie.
Dworzec w Mediolanie… Czytałam o nim i widziałam zdjęcia, ale i tak mi dech zaparło. Nie mogłam się za bardzo delektować, bo zaczął się u mnie wyścig z czasem. A właściwie ze światłem. Nie chciałam sama łazić po jakichś chaszczach w obcym kraju po ciemku, ale znając życie, zachodziło duże prawdopodobieństwo, że tak się to skończy. Historia autobusowa powtarza się z Brescii, ale w dużo łagodniejszej formie. Nie ma szans na to, że przeczyta się tabliczki na przystanku, bo takowe nie istnieją i nie dlatego, że nigdy nie istniały, tylko już nie istnieją, bo ktoś zadbał o to, żeby ich nie było. Tym razem wystarczyło zapytać na przystanku i oprzeć się na informacji, którą mi przysłali z hostelu i z grubsza opanować się udało. Najtrudniejszą sprawą było wysiąść na właściwym przystanku. Niewielu było pasażerów, dosłownie kilka osób i nikt nie mówił po angielsku. Na moje szczęście nieco rozumiem włoski, dawne echa lektoratu na romanistyce – niesamowite ile rzeczy przechowuje mózg. Wysiadam w ostatniej chwili na dobrym przystanku i pozostaje luzik, samo dojście. GPS oczywiście prowadzi mnie przez krzaczory… Na początku to nie wyglądało tak, normalna droga w miasteczku, przez jakieś osiedle domków. Wszystko zmieniło się w trakcie. W zapadającym zmroku lazłam jakimś parkiem. Doganiali mnie różni seryjni mordercy, którzy za każdym razem okazywali się biegaczami… W końcu w ciemnościach dostrzegam rozświetlone okna. Piękny obraz, bardzo oswajający.
O dwudziestej leżę w łóżku przeszczęśliwa. Wspominam Weronę, rozmyślam nad Mediolanem i tak odpływam.