Szósty dzień wakacji: ferrata Montalbano

Dzień szczególny dla mnie, ze względu na tę ferratę. Na ten dzień przewidziano chmury i deszcz, tymczasem od rana było błękitne niebo i ani śladu nadciągającej prognozy. Wakacyjny rytuał: przejazd przez urocze włoskie miejscowości, przejście uśpionymi jeszcze uliczkami miasteczka o poranku, podejście pod ferratę. Zachwycają mnie drewniane okiennice i słońce rozkładające swoje promienie i cienie na ścianach. Gdy stajemy pod ferratą, słońce mocno już przygrzewa. Początek jest bardzo trudny, stanowiąc swoistą selekcję, dla dobra tych, którzy próbują. Po przejściu kilkudziesięciu metrów – dostrzegam informację tym, że jeśli dla kogoś ten etap stanowił trudność, to jest to ostatni moment, żeby się wycofać i zejść łagodną ścieżką. Chwilę nad tym myślę, bo jeszcze takich ostrzeżeń nie spotkałam. Nie rozważam wycofania się, bo nie odczułam jakichś specjalnych trudności. Idziemy więc w górę. Jest wymagająco. Czuję, że żyję. Po chwili wychodzimy z cienia na patelnię. I tu zmienia się mój pogląd skałę, którą nad wodospadem postrzegałam jako stabilność i pewność, tu zaczynam jej unikać ze względu na gorąco, które kumuluje i oddaje. Do tego dochodzi rozgrzewka wewnętrzna będąca wynikiem wysiłku i tak oto oddziałują na nas trzy źródła ciepła. Po przejściu 1/3 drogi już wiedziałam, że nie wystarczą mi 2 litry wody, które dziś zabrałam z sobą. Postanowiłam jej nie oszczędzać, bo pomyślałam, że nic mi się nie stanie, jak będę schodzić lasem. Woda oczywiście nie służyła chłodzeniu, bo wieki temu przestała być chłodna. Właściwie nawet nie była mokra w tym upale. To mój umysł próbował przypomnieć sobie jej właściwości, wydobywać z pamięci jakieś chłodne obrazy. Z każdym krokiem słońce stawało się coraz bardziej nieznośne. Powietrze zastygło, jakby zagęszczając się i sprawiając, że każdy ruch wykonuję w jakiejś opornej substancji. Stajemy w cienkich paskach cieni rzucanych przez jakieś drobne gałązki, ulegając złudzeniu, że to faktycznie cienie. Odpoczynek właściwie nie jest odpoczynkiem. Główna myśl, która mi towarzyszy to „zejść z tego potwornego słońca”. Cały czas posuwam się raz mozolnie w górę, to znów długimi trawersami. Wędruję Saharą. Przez sekundę zrywa się wątły powiew, lekki ruch gęstej substancji. Chwytam się tego ruchu, jak nadziei. Krótko trwa. Sahara natomiast trwać nie przestaje. Góra. Trawers. Góra. Trawers. Powietrze zaczyna się ruszać bardziej zdecydowanie. Wprawdzie bardzo ciepłe, ale przynajmniej pozbywa się swojej gęstości. Szczelina w skale i coś nieprawdopodobnego! Ze szczeliny wydobywa się zimny powiew. Nie mogę uwierzyć. Tak nieprawdopodobne, jak w najciemniejszą noc wiara w światło dnia. Stoję i chłodzę się. Nie mam ochoty stamtąd odchodzić. Chcę tu trwać. Wykopuję się jednak resztkami rozsądku. Im dłużej się jest w tej drodze, tym trudniej. Góra. Trawers. Góra… W końcu zauważam, że stan powietrza się poprawia. Od pewnej wysokości właściwie już wieje nieustannie. Ubawiło mnie pewne zjawisko. W załamaniu skalnym znalazłam stare liście i brałam taki liść i rzucałam go na wiatr, a wiatr unosił go do góry. Prawa grawitacji zostały odwrócone. Nie testuję tego jednak na sobie. Pod ostatnią drabiną wypijam ostatnie krople wody. Szczyt. Zejście lasem. W końcu woda. Piję ją pierwszy raz w życiu. Powrót. Znalezione odpowiedzi. Na niezadane pytania. To jest nieoczekiwany bonus moich wypraw górskich.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *