Czwarty dzień wakacji: ferrata Signora delle Acque

Jedziemy krętą drogą, mijamy pięknie ułożone w ramionach wzgórz miejscowości. Lazurowe jezioro Garda zostaje w dole za naszymi plecami. Zostawiamy samochód. Wczesnym rankiem przemierzamy senne życie wioski. Kościół jak z filmu. Z jakiego filmu? Nie pamiętam. Po prostu zostało subiektywne odczucie, jak bym miała zaraz spotkać czarno-białą Sophię Loren czy Guiliettę Masinę. Podejście jest krótkie, ale strome. Nie męczę się zbytnio, bo co chwilę zatrzymuję się i próbuję złapać zdjęciem jakiś zachwycający moment. Jeden szczególnie zapada we mnie: błękitność spowijająca góry, opleciona rozsłonecznionymi liśćmi. Oooo tak, słońce świecące na zielono. Wychodzimy z lasu, tuż pod wodospad. Milczące piękno spływa kaskadami, rozbryzguje się na kamieniach tęczowymi kroplami. Gdzieś już spotkałam tęczowy potok raz. U Tetmajera, w dolinie Wierchcichej.

Ustalamy szczegóły. Nasza ferrata jest poprowadzona wzdłuż tego wodospadu, raz po jednej stronie gardzieli, raz po drugiej, łącząc jego filary linowymi mostkami. Ruszamy. Coraz wyżej. Obserwuję bieg wody w dół. Wygląda jak podążanie w jakimś ściśle określonym celu. Na półkach skalnych, właściwie takich balkonach, woda odpoczywa w lodowatych misach, w cieniu swoich gór. Wspinamy się pionowo, wbrew grawitacji. Paradoksalnie dotyk skały daje poczucie stabilności i pewności. Tak się czuje jej moc. Moc natury, która trwa. A my idziemy dalej, a na końcu znikamy. Nad naszymi głowami rozpościera się nieprawdopodobnie niebieskie niebo. Taki niebieski kolor miała tylko moja kredka w szkolnych latach lub akwarelka o nazwie „błękit paryski”. Po co komu te nazwy? A po to. Patrzysz sobie i Ci się kojarzy i odkręca się film z podstawówki. Odkręca, bo leci w drugą stronę. My tymczasem ciągle pionowo w górę. Cudownie. Uwielbiam tę przestrzeń, która nagle pojawia się z trzech stron, tylko ściana ją ogranicza, choć dobrze wiem, że ona jest wszędzie, bezkresna. To jest doświadczanie wszechświata, jego pustki makrokosmicznej oraz pustki kwantowej, międzyatomowej. Nie takiej jednak pustej. Energia.

W końcu docieramy na koniec czy początek wodospadu, bo to zależy w którą stronę podążasz, to samo może być i początkiem i końcem jednocześnie. Jest cudownie. Przemierzyłam wodospad, byłam na końcu wszechświata, wróciłam poprzez mikrocząsteczkowe przestrzenie, dotknęłam alfy i omegi. Takie było właśnie to wspinanie wzdłuż wodospadu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *