Zaczyna się fatalnie. Ze względu na kręgosłup. Zdarzyły mi się może trzy takie poranki od lutego. Nie chcę, żeby ten wyjazd upłynął pod hasłem kręgosłupa, ale chyba nie ma innej możliwości. Jest to coś, co determinuje teraz moje życie. I nikt mnie nie pytał, czy tak chcę… Powiedziałam ekipie, że dziś muszę zostać. Żałowałam, bo dziś miała być bardzo widokowa ferrata. I psikus. Zaraz po tym, jak to powiedziałam, nagle wszystko ustąpiło. Piorunem się spakowałam i wyruszyliśmy. Początek prowadził drogą przez wioskę. Mijaliśmy typowe dla tego regionu zabudowania oraz winnice z granatowymi kiściami winogron. W górach uwielbiam to, że z każdym krokiem zmienia się perspektywa i przesuwa horyzont. W pewnym momencie jezioro rozpostarło się u naszych stóp. Jego lazurowa barwa towarzyszyła nam niemal przez całą drogę.
Mam zielone oczy. Woda w jeziorze ma lazurowe. Nasze oczy spotkały się. Zieleń z kolorem lazurowym wymieszały się i powstał odcień szmaragdowy. Wprost z tego jeziora wniknął mi pod skórę i zaczął krążyć w moich żyłach. Od tej chwili, kiedy tylko uchylam powieki, wszystko spowija szmaragdowy blask. Otwieram – szmaragdy wokół. Zamykam – znikają. Muszę chodzić z zamkniętymi oczami, żeby szmaragdowa emanacja nie zdominowała świata. Czasami jednak je otwieram, tak tylko na chwilę, żeby stało się małe zadziwienie.