Lubię podróżować. Taka alegoria życia. Mój pierwszy dzień wakacji. Jeszcze się nie zaczął, a mam przeświadczenie, że znów jakieś przygody mnie spotkają. Kiedyś myślałam, że ja je przyciągam do siebie. Dziś wiem, że nie. To jest stan naturalny. Wystarczy ruszyć tyłek poza własną stodołę, a już się świat otwiera i za każdym zakrętem czai się coś niezwykłego.
Jadę do Wrocławia. Taki bonus, że spotykam się tam z Przemkiem. Nie spędzimy zbyt wiele czasu razem, ale zawsze taka rozmowa ma większą wartość, niż przez telefon. I nie chodzi o poruszanie wielkich tematów o zasięgu wszechgalatycznym. O zwyczajność chodzi. Mieniącą się jak diament, jeśli się jej przyjrzy. I jest tak, jak w planie idealnym. Jadę sobie pociągiem do Wrocławia. Bawi mnie to. Już jest mała przygoda, bo ostatni raz jechałam ponad rok temu, gdy akurat byłam w posiadaniu trzech samochodów, ale każdy z nich był chwilowo poza moim zasięgiem. Od przybytku czasem jednak głowa może rozboleć. Spotykamy się na dworcu. Byłam tu ponad trzydzieści lat temu. Inny świat. Tylko w szczegółach wyziera zza nowego dizajnu i trudno te szczegóły dostrzec, ale jednak udaje się. To jest dla mnie ciekawe. Odnajdujemy się bez większych problemów, mimo, że ani ja, ani Przemek dworca nie znamy. Siła nowych technologii, a ściślej – komórek po prostu. Zastawiając się na tym, jak kiedyś ludziom udawało się umawiać i spotykać, dochodzę do wniosku, że nic demonicznego w tym nie było. Umawiało się po prostu precyzyjnie: data, godzina, miejsce. Normalne współrzędne w normalnym trójwymiarowym świecie.
Rano Przemek podwozi mnie na lotnisko. I w taki miły sposób tworzy się mój pierwszy dzień wakacji. Lot samolotem to najłatwiejsza część wyprawy. Jest nawet zabawnie. Dwoje młodych ludzi, tuż przed startem rozmawia o katastrofach lotniczych. Dziewczyna mówi, że nie będziemy lecieć nad morzem, tylko nad górami, więc w razie awarii, marne szanse na przeżycie. Wtrącam się do rozmowy, bo czasem, coś we mnie wstępuje – mówię, że wręcz przeciwnie, bo lecąc nad górami będziemy mieć bliżej do ziemi. Zaśmiali się oboje. Ale po chwili mieliśmy jeszcze większy powód do śmiechu. Pilot oznajmił, że drzwi zostały zamknięte i schody odjechały, ale że jeszcze nie ruszyliśmy, więc jest to ostatni moment, żeby się zdecydować, gdyby ktoś jednak nie chciał lecieć… Potem się przedstawił. Powiedział, że zaraz rozpoznamy Polaków – przedstawił się jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz… Rozpoznaliśmy.
Lądujemy w Bergamo pięć minut przed czasem. Przebieram się, bo inna pogoda. Środek lata rzekłabym. W informacji próbuję się dowiedzieć, jak dotrzeć do Limone sul Garda. Pani radzi wziąć autobus do Brescii i tam coś z pewnością będzie. Tak czynię. Bez problemu odnajduję autobus, bo bardzo dobrze mi wytłumaczyła. Pytam pana kierowcę, czy mogę u niego kupić bilet. Również bez problemu. Bo to był Polak – powiedział, że jesteśmy wszędzie 😀
Przygoda zaczyna być wyzwaniem w mieście Brescia. Dość duże miasto. W informacji pan łamaną angielszczyzną mówi mi, że no trains to Limone. Nie daję się zbyć, naciskam, że może zatem gdzieś bliżej tego Limone da się dostać. Z uporem maniaka powtarza: no trains, no trains. Najwyraźniej z całej Italii właśnie zniknęły wszystkie pociągi… Idę na dworzec autobusowy. Pani z informacji turystycznej mówi, że mogę dojechać autobusem, ale nie z tego dworca, tylko po przeciwnej stronie. Po przeciwnej stronie mi mówią, że nie dojadę z tego dworca, tylko z tego po przeciwnej stronie… Wracam znów do tej pani i proszę, żeby mi dokładnie pokazała, gdzie ten autobus ma być. Robi się jakaś narada i odsyłają mnie do jakiegoś kiosku. Nie jestem pewna, czy rozumieją angielski, a raczej pewna jestem, że nie rozumieją, proszę, żeby mi napisały na kartce, gdzie mam dokładnie iść. I rzeczywiście, jest to kiosk. W kiosku Chinka. Nic nie rozumie. Wciska mi jakiś bilet za 6 euro. Nie kupuję, bo nie wiem, co to za bilet i na co. Wychodzę. Odpalam komórkę i sprawdzam info w necie. Nie zdążyła się strona załadować, gdy podszedł do mnie chłopak i powiedział, że słyszał, jak rozmawiałam w kiosku i że proponuje, żebym z nim tam wróciła, on przetłumaczy tej Chince i się dopyta o to, co chcę wiedzieć. Nie mam nic do stracenia. Wracam. Okazuje się, że bilet jest dobry. Kupuję. Tylko jednego nie wiadomo. Gdzie ten autobus. Chłopak mnie prowadzi na jeszcze inny dworzec. Wszystko na moje szczęście blisko. Gdy stał w kolejce do informacji, znalazłam rozkład jazy i mu go pokazuję i mówię, że nie ma sensu tam stać, bo tu ewidentnie jest numer autobusu i godziny odjazdów. Robię zdjęcie rozkładu oraz mapkę trasy. Mam ponad 20 minut. Dziękuję chłopakowi i on odchodzi do swoich kolegów na przystanek obok. Wybebeszam całą walizkę na tym przystanku, bo pada mi komórka, mam pałerbank, ale zaginął mi w akcji kabel USB. Komórka jest strategiczna, gdy się podróżuje samemu i w terenie, którego się nie zna, miałam więc drugi. Znajduję go. Nie muszę dodawać, że na samym końcu, jak już wszystko przekopałam? Skończyłam 5 minut przed odjazdem. Nagle wyrasta przede mną chłopak i mówi, że to nie ten dworzec, że zapytał kierowcę i że musimy podejść kawałek… No tam mnie jeszcze nie było. Idziemy więc. Zastanawiam się, co to za system z tymi dworcami, przystankami w tej Brescii? I co się robi, gdy się tam znajdzie w nocy? Albo gdy się nie wpadnie na jakiegoś kolesia, który miał fantazję zaangażować się w pomaganie. Odpuścił swój autobus, powiedział, że pojedzie następnym. I dodał, że wie, jak to jest znaleźć się w obcym kraju, bo on jest z Gambii. Trafiamy w końcu. Sprawdzam informacje na tablicy. Jest OK. Rozmawiamy jeszcze chwilę, chłopak odchodzi dopiero, jak wsiadam do autobusu. Upewnia się u kierowcy, czy to na pewno ten właściwy i mówi mi o trzech przesiadkach zanim w tym Limone się znajdę… Raczej do opanowania, choć zależy, na ile dworców się natknę. Na szczęście mam zdjęcie tej mapki tras autobusowych. I rzeczywiście reszta przesiadek idzie gładko. Żadnych niespodzianek. Nuda panie. Poza niemożliwie lazurowym kolorem wody jeziora Garda, które nagle zmaterializowało się za oknami…