Życie moje piękne

Życie moje piękne! Nie zamieniłabym je na żadne inne. Idealne! Oczywiście jest słońce i deszcz, ciemność i jasność – bo tak jest prawdziwie w tym świecie. Jak u Woltera, w najlepszym z możliwych. Lubię żyć. Wczoraj były moje urodziny. Oczywiście nie były, bo są w lutym, ale wczoraj się zrobiły, bo dostałam prezent. Kubek, który wysyła mnie na Seszele moje własne. Jestem obrzydliwie bogata, bo mam wyspy na końcu świata na prywatny użytek. To jest prezent, taki trochę zwłóczkowany… 😀 I jak tu sobie nie zrobić urodzin we wrześniu?

To było w słońcu właśnie. I chwała niebiosom za równowagę, bo poirytowałam się nieco w tym dniu. Właściwie nawet dwa razy, raz na rodzinę, dwa na służbę zdrowia w zaścianku w Mikulach – o tym będzie kiedy indziej albo nigdy. Natomiast o mojej rodzinie będzie. Jedna moja ciotka zadzwoniła do mojej mamy i powiedziała, że ja na fejsbuku napisałam, że myłam okna i że z mamą chodzę na lody. Osłupiałam, gdy mama mi przekazała sugestię, że mam tego nie robić. Bezczelność tego zachowania przekracza wszelkie granice: nękać moją 75-letnią mamę głupotami, która w dodatku nie bardzo wiedziała, co ja tam tak oburzającego opublikowałam??? Intersujące jest to, że bezpośrednio do mnie nikt nie zadzwonił, skoro postała w głowie myśl, żeby mnie pouczyć, jak mam żyć. A dokładniej, jak na fejsbuku żyć, jak się ma zachować się 53-letnia kobieta. Pusty śmiech mnie na to zbiera. Przed laty, gdy sama wychowywałam moje dzieci, nikomu jakoś nie wpadło do głowy, żeby zapytać, czy może potrzebuję jakiejś pomocy, czy radzimy sobie, czy mamy co jeść. Nikt nigdy do mojej mamy w tej sprawie nie zadzwonił. Pewnie roztrząsali moją karygodną, niekatolicką postawę – rozwód (a przy tym pewnie jeszcze bardziej emocjonowali się tym, po co ten ślub był). Rozprawię się z tym. Nie będę robić dochodzenia, kto czytał moje posty sprzed kilku lat i wywleka dziś coś, co zrozumiał, albo raczej to, co udało się bez zrozumienia swoim móżdżkiem ograniczonym wydumać. Oczywiście nie jest to moja ciotka, bo nie ma pojęcia, jak się fejsbukiem posługiwać. To ktoś młodszy. Ohyda polega na tym, że wszyscy się do mnie uśmiechają i ja naprawdę myślę, że się lubimy i że wszystko jest w porządku. Tymczasem są to fałszywe, zakłamane świnie. Hipokryzja w czystej postaci (a raczej w brudnej). Nie wiem kto, ale to się samo okaże w życiu. Jak zawsze. Bo prawda zawsze wychodzi. Chwasty precz z mojego życia! Nawet gdybym miała zostać sama na bezludnej, ale wyplewionej wyspie. Na Seszelach po prostu 😄

Sikorki buszują w kasztanowcu, który widzę z okna w kuchni. Strącają diamentowe krople wczorajszej burzy. W diamentach przegląda się słońce. A tymczasem ja chodzę sobie po mieszkaniu z rana. Z moją ulubioną filiżanką kawy i paraduję sobie bezczelnie zadowolona w moim ulubionym szlafroczku (albo peniuarze, by zabrzmiało nieco bardziej snobistycznie), w kolorze pudrowego różu wpadającego w odcień łososiowy. Tak. Właśnie takie głupoty mnie cieszą. I nic, co w mijającym mnie świecie się zmienia, mnie nie dotyka. Odchodzą królowe, przychodzą królowie i cóż z tego? Co natomiast jest świetne? Moje wczorajsze, wykreowane urodziny, zakończyły się wieczorną porą portugalskim ciasteczkiem pasteis de nata, zupełnie nieoczekiwanie z dostawą do domu. Do tego crème brûlée. Taki tort. Obżerałam się więc w nocy ciepłym pasteis de nata i tym kremem, popijając mleko owsiane z kubka z Seszelami. Jestem obrzydliwie bogata.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *