Znalazłam ciszę. A wcale jej nie szukałam… chociaż… nie, zmieniam zdanie: nie wiedziałam, że jej szukałam.
Uciekłyśmy z mamą z naszej codzienności. Od tej bieganiny wyznaczanej wskazówkami zegara, kolejnymi punktami listy rzeczy do zrobienia, terminami krzyczącymi z kalendarza. Beskid Mały. Bez specjalnego planowania, impuls, pakowanie się, wyjazd. Śladami sanktuariów. Zimno, pochmurno, by nie rzec ponuro. Piękne widoki malowała raczej nasza wyobraźnia niż rzeczywistość.
Wszędzie niemalże pusto. Słyszałyśmy szelest spadających liści, źródełko, bijące serce Ziemi oraz własne myśli.
Kolejne sanktuarium. Człowiek przechodzący przez plac powiedział nam, że mimo, że główne wejście jest zamknięte, można wejść bocznym. Poszłyśmy.
Skrzypnięcie ciężki wiekowych drzwi i znalazłyśmy się w półmroku. I rozpłynęłyśmy się w całkowitej, pięknej ciszy. Poświata ołtarza stanowiła jedyne oświetlenie kreśląc cienie na murach świątyni i złocąc posadzkę. Przypomniało mi się, gdy będąc dzieckiem rozmyślałam o tym, co by było gdybym została na noc w kościele. Była to niewypowiedziana myśl pełna obaw przed tym, że być może byłoby to niewłaściwe. Dać się przeniknąć ciszy w miejscu świętym – może właśnie to pomóc przetrwać we współczesnym świecie?