Amsterdam. Wilgotny zapach morza, wezbrane tłumy przetaczają się ulicami. Przekraczam próg Rijksmuseum. Vermeer. Nie muszę włóczyć się po świecie, żeby zobaczyć niemalże wszystkie jego dzieła. Najpierw trochę się gubię i nie potrafię znaleźć drogi na wystawę. Patrzę na litery opisów i ciągle nie wiem. W zgiełku wyławiam dźwięk przelewanego mleka. Podążam za nim. Próbuję zaglądać do okien, jednakże ciągle ktoś staje przede mną, obok i za mną. Nie ma innego wyjścia. Egoistycznie biorę gumkę i po kolei wymazuję wszystkie postaci, jedną po drugiej. Pozostaje jedynie zarys, takie wgniecenie po rysiku ołówka. Przedzieram się przez zagęszczoną atmosferę pomiędzy obrazami. Mijam dwie kobiety na nadbrzeżu. Ich rozmowa prowadzi mnie w kierunku rozświetlonych wież i dachów. Kilka ziaren piasku rozsypuje się na podłogę muzeum. Szybko rozglądam się, czy ktoś zauważył, że to ja. Widzę szelest zielonej kotary. Dziewczyna czyta list. Nie zauważyła, że coś wywiało tę kotarę poza ramy. Dyskretnie ją poprawiam, wsuwam pomiędzy ramę a tamten pokój, wygładzam fałdy. Chwilę spoglądam upewniając się, że wróciły do swojego zwykłego kształtu. Następnie przebijam się przez szarą kondensację, do kolejnych światów. Struga wody prowadzi mnie na podwórko, na którym kobieta napełnia wiadra. Dzieci bawią się na ulicy, szybko przebiegam obok siedzącej w progu i wdzieram się w czarną czeluść domostwa. Buszuję po ciasnej rzeczywistości tamtejszych pomieszczeń. Wywabiają mnie perły rozsypujące się po podłodze. To z pewnością naszyjnik się zerwał. Stało się. Jedna potoczyła się pod przeciwległą ścianę. Pomagam dziewczynie nanizać je z powrotem na sznur. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund, pomiędzy przymknięciem powieki i jej otworzeniem. Ołówkowe postaci nie zdołały tego dostrzec.
Misterium trwa.
Mleko się przelewa.
Nie jestem tylko pewna, czy rzeczywiście Świat nie zasługuje na koniec świata.





