Perseidy na Lubomirze

Byłam dzieckiem, kiedy po raz pierwszy spotkałam się ze zdaniem w języku łacińskim: „Per aspera ad astra”. I wcale nie dlatego, że moim rodzicom odbiło i na siłę wypychali mnie na różne dodatkowe zajęcia, by szlifować mój pseudogeniusz. Na moje szczęście miałam normalnych rodziców i my wszyscy byliśmy normalni (w miarę). Pewnego dnia, na naszej ulicy, u starszych dziewczyn i chłopaków zobaczyłam komiks „Tytus, Romek i A’Tomek”. Starsi nie rozmawiali ze smarkaczami – była to taka niepisana reguła i każdy znał swoje miejsce. Czasami tolerowali naszą obecność i łaskawie pozwalali nam się gapić i podsłuchiwać, o czym rozmawiają. Zazwyczaj jednak nas przeganiali. Nie miałam pojęcia, co to jest komiks, ani tym bardziej Tytus, Romek i A’Tomek. I nie pamiętam, w jaki sposób udało mi się go zdobyć. Nie były to zwyczajne czasy takie że, gdy człowiek chciał książkę, to ją po prostu kupował, albo szedł do biblioteki i wypożyczał. To były czasy, kiedy niczego nie było i wszystko się załatwiało. Nie mam pojęcia, na czym ten fenomen polegał, ale jakoś to działało. Przeczytałam, bo imponowało mi, że starsze chłopaki i dziewczyny to czytały. Tam wpadłam na to łacińskie zdanie. Po co 7-8 letniemu dziecku łacińska sentencja? A po to, żeby wryło się w pamięć i żeby od czasu do czasu przez resztę życia materializowało się w różnych sytuacjach. Stąd wiem, że dzieci są mądre, są ludźmi z normalnymi mózgami, jedynie krócej stąpają po ziemi. Jestem przeciwnikiem wyręczania dzieci, organizowania im czasu, uczenia się za nich, usuwania przeszkód spod nóg i ogólnego ogłupiania, które uprawia zarówno polska szkoła, jak i rodzice. Nie wiem, co jest gorsze. Nie o tym jednak miałam pisać. To właśnie zdanie, odgrzebane przez mózg z przeszłości, sprawiło, że gdy na fejsbuku, jakiś tydzień temu, wpadłam na wydarzenie „Perseidy na Lubomirze”, podziałało to natychmiast na moją wyobraźnię. I był to wpływ z gatunku takich, które odwołują się do czegoś, co zapadło głęboko.

Znalazły się jeszcze dwie chętne, Agnieszka z Krakowa i Asia z Racławic, do tego, żeby w piątek wieczorem ruszyć na Lubomir. A wszystko po to, żeby rozłożyć karimaty, śpiwory i leżeć pod rozgwieżdżonym niebem i spoglądać na spadające Perseidy. Rój meteorów, czyli po prostu kamulce gnające przez galaktykę – dlaczego tak niezwykle pobudziły moją wyobraźnię? Bo zjawisko po prostu piękne? Bo gwiazdozbiór Perseusza? Bo mit o Perseuszu i Andromedzie? To są właśnie skutki uboczne czytania: trzy dorosłe kobiety, pakują się i jadą spać na ziemi w środku lasu. Według prognoz miał spaść deszcz o drugiej w nocy, deszcz nie Perseidów, jak zachwalano w Internetach, ale zwyczajny, mokry, niepożądany.

 Podejście na Lubomir z Przełęczy Jaworzyce, jest krótkie i łatwe. Nie stanowi problemu, żeby podążać beskidzką ścieżką w całkowitych ciemnościach. Jednakże całkowitych ciemności nie było, choć chmurzyska już zaczynały przewalać się ponad drzewami. Towarzyszył nam księżyc w pełni, od czasu do czasu spoglądając na nas i promienistymi palcami rozgarniając gęstwinę liści. Kręcił też z politowaniem głową, bo już musiał wiedzieć coś na temat wychwalanego deszczu spadających gwiazd tego wieczoru. Szłyśmy w ciszy, w odstępach około dwudziestometrowych. Agnieszka z przodu, potem ja, potem Asia. Ja, dopóki mogę, chodzę bez światła. I to jest świetne, że każda z nas, znajduje coś dla siebie. Nie wchodzimy sobie w drogę. Od czasu do czasu zatrzymujemy się, zamieniamy kilka słów i ruszamy dalej. Na szczycie znajduje się spora polana, stoliki i ławki oraz budynek obserwatorium. Nie można do niego wejść, ale jest. Tej nocy, był jeszcze ktoś pod namiotem i paliło się ognisko. Podnosimy głowy. Widzimy jednolity sufit z gęsto utkanych chmur. Nie tylko nie ma szans na Perseidy, ale nawet księżyc się schował. Śmiejemy się z siebie i dowcipkujemy, jak to niezwykle nam się wyprawa na spadające gwiazdy udała. Oczywiście trzeba będzie wymyślić inny sposób, żeby życzenia się spełniły. Zresztą. Jak jest zbyt łatwo, to się nie ceni. Per aspera ad astra. Wyciągamy z plecaków różne smakołyki i raczymy się nimi przy świetle latarki, w otoczeniu gęstwiny chaszczy, z których próbuję coś wywołać mówiąc: „Wiecie dziewczyny? A raz był taki horror…” Nie wiem, dlaczego, ale kazały mi się zamknąć. A ja tylko chciałam nawiązać do „Blair Witch Project” – przecież okoliczności były idealne ku temu… Mniej idealne natomiast było podłoże. Trawa mokra, pomyślałam, że ładnie będzie współgrała z tym, jak nam z niebios lunie. Kładziemy się pod grubą pierzyną z chmur i zasypiamy szybko. Agnieszce śnią się biegające wokół nas konie. Ja budzę się tylko dwa razy, koło drugiej, żeby stwierdzić, że jeszcze jasno się nie robi i że jeszcze nie pada i drugi raz koło czwartej stwierdzając, że nie pada nadal, ale że pierwsze zwiastuny jasności się pojawiają w taki niezwykły sposób, trochę jakby znikąd, bo nie widać ich źródła, a trochę zewsząd.

Nie zlało nas. Po prostu nie. Rano Lubomir zesłał nam mistyczne mgły na śniadanie. W znakomitych nastrojach, gdy już nasze ciała odzyskały swój zwyczajny kształt po nocy spędzonej na ziemi, zasiadłyśmy do śniadanka. Nagle Agnieszka wykrzykuje pytanie: „Gdzie są moje sery???”. Spoglądamy na stół, na miejsce, w którym je zostawiłyśmy – nie ma. W pierwszej chwili zupełnie się tym nie przejęłam. Pomyślałam, że je spakowała i że zaraz je znajdzie. Mówię jej, że pewnie te konie z tego jej snu poczęstowały się camembertem z chili i niebieskim brie. Bez przekonania sprawdziła plecak, cały czas mówiąc, że zostawiła na stole. Jemy śniadanie, ale nie daje nam spokoju, nie tyle, co się z serami stało, tylko, co tu koło nas łaziło. Agnieszka nie daje za wygraną i szuka serów w okolicy. Szybko znajduje papier z brie pół metra od stołu, w chaszczach. Ewidentnie koneser wolał brie, bo po chwili wpadamy na resztki camemberta na ścieżce. Snujemy wiele hipotez parskając śmiechem co chwilę. Pakujemy się i schodzimy. Nachodzi nas refleksja, że w ciemnościach nie było widać, tych wszystkich podejść i w sumie, szło się prawie jak po płaskim. W nocy jest mniej pod górę. Wsiadamy do samochodu, zaczyna padać. Dziękujemy Lubomirowi, że pozwolił nam nie zmoknąć. Zaczynamy powrót. Agnieszce nagle strzela do głowy, żeby zobaczyć jeszcze po drodze Diabelski Kamień na Styrku. Oczywiście składamy mu wizytę, dziękując przy tym gpsowi, że nas poprowadził malowniczymi wertepami do niego. Skoro był Diabelski Kamień, to koniecznie musiałyśmy zobaczyć także zamek w Dobczycach, który też jakimś dziwnym trafem pojawił się na naszej drodze.

Wyprawę kończymy na wspólnej kawie na… Orlenie. Jedyny lokal czynny w okolicy. Siedzimy na czerwonych kanapach, piejmy kawę i wspominamy wcześniejsze wyprawy i planujemy następne. Bardzo udany wypad. Tej nocy na Lubomirze były tylko trzy gwiazdy. Do tego taki lans, że nie zrobiłyśmy sobie ani jednego zdjęcia razem…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *