Wcale nie jest to mój najbardziej ulubiony obraz Beksińskiego. Rzekłabym: umiarkowanie ulubiony. Czasami się jakaś hipnoza zdarza. I zdarzyło się. Beksiński tytułów nie nadawał. Generalnie odcinał się od interpretacji i naprowadzania na interpretacje swoich dzieł. I słusznie. Jeśli utwór milczy, to nie ma o czym mówić i czego interpretować. „Znaczenie nie ma znaczenia” – mawiał. Stoję i patrzę i myślę, co u diabła mnie tak dziś przyciągnęło? Uderzasz głową w mur. Czujesz jego chłód na czole. Chłód rozprzestrzenia się, spływa w dół, do samych stóp. Szarawo-zielone smugi sączą się z miejsca, w którym ludzie zwykle mają oczy; przenikają mózg, a zarazem zlewają się z murem. Myśli i świat zewnętrzny nic nie oddziela, jest to jedno i to samo. Podobny odcień sączy się w okolicach ust i uszu. Dotyka postrzegania i porozumienia. Absolutnie czymś wyjątkowym jest światło w murze. Dające nadzieję być może. Światło w murze, w lustrze właściwie. Próbujesz go dotknąć. A może ktoś dotknąć próbuje także? W świetle dochodzi do zetknięcia się tych światów dwóch, jednakże nie całkowicie oddzielnych. Granica jest złudzeniem. Wszystko w takiej samej tonacji.