Z życia wziętych refleksji kilka

Siedzę u fryzjera, fryzjerka zaprzyjaźniona, rozpoznaje mnie, bo podaje kilka faktów z poprzedniej wizyty. Zaczyna się cięcie. Dzwoni jej telefon. Przeprasza i mówi, że musi odebrać, bo to teściowa. Rozumiem i myślę sobie, niech porozmawia, byle szybko. Ale szybko wcale nie było… Nie kończąc rozmowy zabiera się do moich włosów. Gada przez telefon i tworzy moją fryzurę… pół godziny! Kończy rozmowę i moje obcinanie. Nie zwróciłam jej uwagi, bo jest dorosła, a ja nie jestem od pouczania. Uczę w szkole, ale nie czuję się upoważniona do tłumaczenia oczywistości innym niby dojrzałym. Moja noga tam więcej nie postanie. A o czym tyle deliberowała? O tym, że w tym kraju to tylko dziadostwo, samo dziadostwo i nie ma nic porządnego i nie da się tu żyć i pracować. A mnie przyszło do głowy pytanie, kto to tworzy…

Odsłona druga… Tym razem optyk. Ładny salon. Oprawki renomowanych firm światowych, ceny też światowe. Zewsząd spływa blask. Słodycz obsługi. Oddałam okulary do naprawy. Wzięli numer telefonu. Cały tydzień wyczekiwałam wieści, ze względu na to, że noszę okulary, bo nie widzę, a nie dla ozdoby. Zadzwoniłam w piątek. Na dzień dobry pani na mnie nakrzyczała. Na mnie. Klienta. Za moje pieniądze. Pani podniesionym głosem, na pytanie, czy coś wiadomo w sprawie moich okularów, zwróciła mi uwagę, że ona do mnie wydzwania, a ja nie odbieram telefonów! Mówię kobiecie, że pracuję i nie zawsze to możliwe (patrz: refleksje na temat fryzjerki) i przecież oddzwaniam. W końcu dowiaduję się, że są do odbioru. Sprawdzam komórkę. Pani zadzwoniła jeden raz, 20 minut wcześniej. To się nazywa we współczesnym biznesie wydzwanianie.

Odsłona trzecia. Tym razem nie jestem klientem. Występuję jako szary, zwykły, przeciętny człowiek. Siedzę na wyciągu narciarskim. Kanapa czteroosobowa. Dosiadłam się do dwóch młodych kobiet. Ładne i wyglądają na sympatyczne. I co? Nagle zaczynam brać udział w ich życiu. Wciągnęły mnie. Najpierw jedna zadzwoniła do znajomego i włączyła opcję głośnego mówienia. Słucham o ich sprawach, które mnie nie dotyczą i wcale a wcale nie obchodzą. Szczególnie, że nic porywającego. Żadnego płomiennego romansu, spisku czu skoku na bank. Pierdoły. A ja słucham. Rozłączyły się. Wzdycham z ulgą. Myślę sobie, że wreszcie pokontempluję widoki i nasycę się spokojem ośnieżonych gór. Nie. Musiałam wysłuchać refleksji najpierw na temat różnic między snowboardem a nartami (nie sądzę, żeby je opublikowano w czasopiśmie branżowym), a następnie o postępach w nauce jazdy na nartach (sory za cytat): „Ale żech kurwa jebła w ta mulda”. Nie da się wysiąść z wyciągu w dowolnej chwili. Kto wie, czy jednak któregoś dnia nie spróbuję…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *