Planuję najzwyklejsze nic. Mam dość atrakcji ostatnich miesięcy. Włączam muzykę i robię sobie różne rzeczy w domu. Słucham i robię. W środę była fantastyczna audycja prowadzona przez Izę w radiu Danielka, Izotonia. Miły głos Izy, życie Tiny Turner przesuwało się za oknami malując gigantyczną tęczę na dynamicznym niebie. Niezwykle to współgrało, tak symbolicznie. Dziś wpadłam na „Brothers in arms” Dire Straits. Dźwięczy mi moja ulubiona część „There’s so many different worlds / So many different suns / And we have just one world / But we live in different ones”. Snuje się po moim świecie, wpływa do pierwszego pokoju, zatacza krąg, wpada do przedpokoju i przemierza całą jego długość, zakręca w kuchni i wpada do drugiego pokoju. Tu na chwilę się zadomawia. Ulatuje. Wygrzebałam gdzieś jakimś przypadkiem „In the end” Linkin Park. Z przyjemnością zanurzam się w różnych wspomnieniach. Teraz ja się snuję za dźwiękami, wpadam w różne miejsca, zataczam kręgi wokół różnych osób, wypływam na cudne górskie przestrzenie. Zadomawiam się w pamięci. „Uprising” Muse. Z tego płynie moc. Z tych wszystkich utworów wysłuchanych, przeczytanych, zobaczonych, które składujesz w sobie. Nie ma wtedy znaczenia, co inni ludzie myślą, że mogą Ci zrobić. Niczego nie mogą. „…in the end It doesn’t even matter”.