No i zagotowało się we mnie. A właściwie zagotował mnie wirus. Za pośrednictwem polskiej oświaty. Ku mojemu szczęściu i moich dzieci, nie korzystają one już ze szkolnictwa, są na wylocie edukacji wyższej, czyli z definicji samodzielni i za siebie odpowiedzialni. Natomiast docierają do mnie zdumiewające informacje od znajomych, których dzieci tkwią w szkolnictwie podstawowym. Po uszy. W tym tkwią. Najpierw dowiedziałam się, że dzieci będą uczone zdalnie. Pomyślałam, że oświata niezwykle się rozwinęła i muszą ją dzielić lata świetlne od moich doświadczeń – a zaledwie trzy ziemskie lata minęły odkąd porzuciłam ją, niczym niewdzięczną kochankę. Wyobraziłam sobie, że polski rząd, miłościwie nam panujący, w wyniku swoich licznych, nierzadko nocnych, reform, wyposażył dzieci w laptopy i dostęp do Internetu. Bo to, że nauczycieli nie, to było dla mnie jasne. To jest grupa zawodowa, która, jak to się potocznie mówi, wszystko łyknie i którą można bezkarnie pomiatać, bo mogą oni wszystkim najwyżej naskakać (przepraszam, być może się mylę, ale za bardzo niczego innego nie widać). Tymczasem nie! Państwo niczego dzieciom nie zapewniło. Za to obdarowało sowicie ich rodziców. Wcale nie mam na myśli sławetnego „pińcet plus”, którego podobieństwo do opisu jest wyłącznie przypadkowe. Co dostali rodzice? Tony zadań do zrobienia każdego dnia. Mogłoby tu pojawić się podejrzenie, że zachciało się im wyręczać swoje pociechy. Zapewne i takie przypadki się trafiają. Niemniej jednak kilka osób poprosiło mnie o radę dotyczącą zadań z języka angielskiego i francuskiego oraz naszego ojczystego. Zdolne te dzieci nasze. Ja nie wdziałam możliwości, żeby samodzielnie były w stanie zadania wykonać. Niezłym kwiatkiem okazały się zadania (obowiązkowe!) do rozwiązywania online… I tu nie mogłam sobie przypomnieć faktu, żeby polska szkoła dała dzieciom dostęp do komputerów i Internetu z domu. Prawie wszystkie dzieci rzeczywiście takim dostępem dysponują – ciekawa jestem, czy szkoła zrobiła rozeznanie i zaproponowała alternatywę dla tych, które nie – ale to chyba raczej prywatna sprawa rodziców… Właściwie nie jestem ciekawa. Wiem, że nie. Nikt był przygotowany na kryzys. Nikt… bo jesteśmy zwykłymi ludźmi. Ale żeby prężnie prężący pierś do orderów rząd, wielkiego europejskiego kraju, również nie? Zdumiewające! I zaczynam mieć drobne wątpliwości, czy ta skuteczna walka z wirusem, przypadkiem nie jest dlatego taka skuteczna, że ten wirus raczy nas omijać? Drogi rodzicu! Nie zdziw się, gdy któregoś dnia Twoje dziecko wróci ze szkoły z zadaniem domowym o następującej treści: „W najbliższy weekend udaj się do Londynu i zrób wywiad z prawdziwym Anglikiem. Obowiązkowo dołącz swoje zdjęcie na tle Tamizy”. Bo dlaczego nie?