Odkryłam tu coś ciekawego. Nazywa się car boot, a jest to po prostu targowisko rzeczy, których ludzie już nie potrzebują i sprzedają wprost z bagażnika. Dominika i Sebastian zabrali mnie na coś takiego. Pojechałam bardziej z ciekawości, niż z potrzeby zakupu czegokolwiek. Targowisko zajmowało ogromną przestrzeń na łące za miastem. Wszystko było dobrze zorganizowane, rozwieszone plakaty informujące, jak dojechać, dojazdy do parkingów i same parkingi. Wokół rozstawiono budki z jedzeniem i napojami. I faktycznie, można tam było kupić wszystko za bezcen i spędzić czas. Przechodziłam się między stoiskami, bo chciałam zobaczyć, co ludzie posiadali, a czego chcą się wyzbyć. Taka ciekawostka o ludziach. Były ubrania, naczynia, zabawki, meble, całkiem nowe, stare, w dobrym i złym stanie. Fragmenty życia ludzkiego porozkładane na trawie. Dostrzegłam nagle dwie filiżanki ze spodeczkami. Kiedyś zapewne stanowiły część serwisu. Moja wyobraźnia podsunęła mi elegancko nakryty stół, skąpany w promieniach słońca, a na nim filiżanki z parującą herbatką, emanujące szczęśliwym domem. Kupiłam. Kosztowały mnie całego funta! To tak, jakby w Polsce kupić je za złotówkę… Co ja właściwie kupiłam? Cudne poranki z kawą, taką odrobinę piękna na początek dobrego dnia.