Jeden raz w życiu chciałabym być sławna na chwilę, a potem znów zszarzeć.

Właściwie nigdy mnie nie martwiło to, że jestem zwykłym człowiekiem. Nikim ważnym. Nie chcę znajdować się na pierwszych stronach magazynów. Coś mnie jednak gryzie. I myślę sobie, że gdybym choć trochę celebryctwa uprawiła, to może byłoby inaczej? Chodzi mi o artykuł mojego przyjaciela Hermanna Aubié, pracownika naukowego Uniwersytetu Aston w Birmingham. Artykuł poświęcony Liu Xiaobo, Nobliście chińskiemu, zmarłemu w lipcu tego roku, napisany przez innego, niezwykle wartościowego człowieka. Opowieść o kimś na wskroś dobrym, walczącym o wolność. Na pierwszy rzut oka widać, że mimo, iż żył na drugim końcu świata, na tyle odległym, że mogliby znaleźć się ludzie mogący podać w wątpliwość istnienie tak odległych miejsc, wolność znaczy dla niego to samo, co dla nas. Wartość uniwersalna – jednakowo znacząca dla wszystkich. Artykuł ów bez wahania opublikowały portale w UK, na Słowacji. Z ogromną przyjemnością przetłumaczyłam i wysłałam do polskich mediów. Różnych. I nie chodziło ani o pieniądze, ani o podkreślenie, kto pisał, kto tłumaczył. Rozesłałam z przekonaniem, że warto propagować pozytywne myślenie, nie zaś tylko epatować katastrofami, zbrodniami, wybrykami polityków… Nikt się nie zainteresował. Nikogo to rzeczywiście aż tak nie obchodzi? Pomyślałam sobie, że jeden raz w życiu chciałabym być sławna na jedną tylko chwilkę, tylko na tę, żeby artykuł ten opublikowali. A potem natychmiast chciałabym zszarzeć i wrócić do mojego miejsca. Dlaczego się tak uparłam na to? A dlatego, że widzę tam mnóstwo inspiracji, ogromy potencjał dla ludzi, którzy chcieliby pracować i zmieniać świat. Nie tak może globalnie jak Aleksander Wielki – tu pewnie zaraz pojawiłyby się znane stacje telewizyjne i stada dziennikarzy, ale tak zwyczajnie. Każdego dnia, najbliżej siebie, niespektakularnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *