Remonty

Zaczęło się rok temu, w grudniu. Postanowiłam zmienić ogrzewanie, z węglowego na gazowe. Umowa, oczekiwanie i w końcu doczekałam się. Cieszyło mnie to, bo to była znacząca zmiana w moim życiu na lepsze. Od tego też momentu zaczęłam doznawać niekończących się zdziwień. Z zachywtem spoglądam na nowiuteńkie grzejniki, podchodzę bliżej i dostrzegam obitą i nierówną ścianę, która dotąd miała czelność ukrywać się za starym, dobrym, żeliwnym kaloryferem. Biegnę do panów od ogrzewania i pytam, dlaczego zamontowali grzejnik na takiej ścianie. Na to oni, zgodnie z prawdą, że nie ma w umowie tego, że mają równać ściany. Natychmiast wypaliłam, że dopłacę, a oni na to, że nie dadzą rady, bo nie mają czasu, a poza tym i tak nie umieją. Doceniłam szczerość i pomyślałam, że będę musiała kogoś poszukać. Zresztą po wymianie tego ogrzewania pozostało mnóstwo dziur, a i wiele rzeczy się zwyczajnie zaczęło sypać w miarę upływu lat, więc remont stał się koniecznością. Od tego momentu zaczęły się moje remontowe przygody, chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam (może i dobrze, bo kto wie, czy nie oszalałabym z miejsca). Najpierw był, nazwijmy go umownie, pan Zdzisio. Milczek. Taki jakby autystyczny. Niewiele mówił, robił dokładnie. Raz wypowiedział dłuższe zdanie: „Kto to pani tu robił? Strasznie nierówno”. I jakoś mi nieswojo się zrobiło, bo nie wiedziałam, że nierówno było, ale jednocześnie ucieszyłam się na myśl, że teraz równo będzie. I kto wie, może by i było. Pan Zdzisio pokrył gładzią 2 ściany i sufit i powiedział, że nazajutrz szlifować będzie. Powiedziałam, żeby nie szlifował, żeby dopiero jak skończy wszystkie ściany, bo jakoś tak mi się porobiło, że zapragnęłam wszędobylski pył mieć tylko raz, a że pył nie wie, że jego poprzednik w całym domu już wszędzie był, to za drugim razem też się we wszystkich miejscach panoszy. Pan Zdzisio na drugi dzień nie przyszedł. Podobno zawalczył na imieninach. Człowiekiem jestem, więc tylko się pod nosem uśmiechnęłam i pokiwałam głową ze zrozumieniem. Potem pan Zdzisio przyszedł, mamrocząc do siebie zamontował gniazdka, coś wyrównał, przykręcił, pokleił i nieśmiało poprosił o wypłatę, bo jakowąś potrzebę miał. Zapłaciłam,bo pięknie przecież pracował na rzecz mojego domu. Jakoś nie dało mi do myślenia, że pozabierał swoje rzeczy wszystkie. Do myślenia dało mi natomiast to, że nie odbierał telefonów i nie odpowiadał na smsy. No ale cóż się dziwić, skoro milczkiem był? Potem był drugi pan, umownie nazwijmy go również panem Zdzisiem, bo jedną cechę mieli wspólną (potem dwie, jak się okaże), zaczął od stwierdzenia, że ktoś mi strasznie nierówno zrobił te ściany… Ten pan Zdzisio natomiast milczkiem nie był. Mówił, dużo mówił. Nawet bardzo dużo. To był zbawca na wielu budowach i gdyby nie on, to niejedna by się zawaliła. Tyle, że u mnie prace postępowały odwrotnie proporcjonalnie do ilości mówienia. Któregoś dnia zauważyłam coś, co przyczyniło się do zbawienia duszy pana Zdzisia. Zupełnie nie wiem dlaczego wypieprzył gigantyczną dziurę w kafelkach, zamontował kran, a w dziurze zmieściła się cała rozeta, którą wdzięcznie otoczył fugą… Jego elokwencja gdzieś się ulotniła, gdy zapytałam, co się stanie, jeśli uszczelka zacznie przeciekać (a znajdowała się pod grubą warstwą fugi i pod rozetą). Powiedziałam mu, żeby modlił się gorąco, bo ja go znajdę, i że będzie na swój koszt skuwał kafelki i wymieniał wszystko, co ulegnie wtedy zniszczeniu. Potem jeszcze miałam parę pytań dotyczących jakiejś dziwnej szczeliny między ścianą, a kafelkami. Odpowiedzi nie usłyszałam. Pana Zdzisia też nigdy więcej już nie zobaczyłam, ani nie usłyszałam, bo telefonów nie odbierał, na smsy nie odpowiadał. Potem kolejnego pana Zdzisia nie zobaczyłam ani razu, bo musiał mieć chyba coś wspólnego z NFZ-em, bo najbliższy termin mi wyznaczył na za 2 lata. I jeszcze taki pan Zdzisio raz był, że przyjechał i jak zobaczył ile jest pracy, to powiedział, że za dużo roboty i sobie pojechał. Następnego to ja nie chciałam, bo przedstawił jakieś porypane pomysły na dokończenie tego remontu, że doszłam do wniosku, że chyba zrobię to wszystko sama. I tedy pojawił się pan Zdzisio Ostatni. Mistrz świata. Uproszono go, żeby zechciał remontować u mnie. Nie wiem, jakich użyto argumentów, ale zaszczycił mnie swoją osobą. Byłam zdumiona, bo na każde moje pytanie, czy dałoby się tak a tak, padała odpowiedź, że wszystko się da. I jeszcze proponował swoje pomysły, znacznie lepsze od moich, bo widać płynące z ogromnej praktyki. Już prawie się bezkrytycznie zachwyciłam, gdy padło znane i obowiązkowe pytanie: „Kto to tu pani robił? Dlaczego tak nie równo?” Jakiś alarm zawył z tyłu mojej głowy, ale tak bezgłośnie, bo ja już się nauczyłam, że panowie remontowcy to bardzo wrażliwe istoty, łatwo je urazić, nie można im zwracać uwagi, ani kwestionować tego, co mówią. Tymczasem pan Zdzisio mówił i robił. Odkrył, że jeden z panów Zdzisiów sprzed lat, położył kafelki na resztki farby i tapety. W sumie dobrze, bo nie trzeba było ich skuwać. Odchodziły nienaruszone całymi płatami. Powoli widziałam już światełko w tunelu, remont postępował. Oprócz pieniędzy kosztowało mnie to, wysłuchiwanie filozofii remontowych oraz tego, jak kobiety wydziwiają, a potem nie chcą płacić. Raz zapytałam nieśmiało, dlaczego gniazdko zrobił nie w tym miejscu, w którym chciałam. I dowiedziałam się, że tak jest lepiej. Nie śmiałam oponować, szybko rzuciłam okiem na niedokończone panele i blat… Zamknęłam oczy i pomyślałam, że wytrzymam do piątku, bo w piątek ma być koniec. A gniazdko jakoś się przeniesie… (może samo?). Piątek. Rozliczamy się. Pytam, dlaczego w podłodze jest taka szczelina. „Bo to będzie za szafą.” A dlaczego koło kuchenki ściana jest jakaś nierówna? Bo nie zdążył. Przeze mnie, bo ciągle coś wymyślałam, ale wystarczy zatrzeć. A dlaczego listwy przypodłogowe jakoś dziwnie odstają? „Nie, to jest dobrze.” I dialog: „Ale, że odstają to jest dobrze?” „Tak, to jest dobrze.” Byłam zmęczona. Zapłaciłam. Cena do przyjęcia, nie mała, ale do przyjęcia. W końcu miesiąc u mnie przecież pracował. Dzień w dzień…

Odsunęłam dziś szafkę, żeby „zatrzeć”. I osłupiałam. Za szafką syf. Chyba nie myślał, że ktoś to będzie odsuwał. Nie będę się rozpisywać, co jeszcze znalazłam po panach Zdzisiach… Zakasałam rękawy i powoli zaczynam poprawiać. Powiesz, że powinnam wezwać do poprawek? Nigdy! Niech mnie ręka boska broni od tych partaczy! Robisz remont? Bierz urlop i nie spuszczaj z oka swojego pana Zdzisia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *