Jak nieudolnie prowadzić biznes – lekcja 2

Muszę kupić kuchenkę gazową i to szybko, bo pan Zdzisio oświadczył, że jeśli kuchenka będzie jutro, to ją zamontuje. Silnie mnie tym oświadczeniem zmotywował, bo prace pana Zdzisia postępują według bliżej nieokreślonego klucza. Czasami urobi się po pachy i siedzi potem taki biedny, spocony. Są też dni takie, że zastanawiam się, czy on pracował we wszechświecie równoległym. Nic to, w imię wyższych ideałów, czyli wyprowadzenia w końcu kuchni z mojego pokoju. Jakaś niecierpliwa się zrobiłam ostatnio i zaczynam się złościć, gdy muszę wyplątywać biustonosz z durszlaka, widelec wyciągać ze skarpetki czy też z rozwianym włosem biegać po domu za patelnią. Udaję się więc do sklepu AGD. Nie należę do osób, które lubią pławić się w robieniu zakupów. Najczęściej robię to trzyetapowo: wchodzę, kupuję i wychodzę. Może nawet nie z tego powodu, że wiem, co chcę kupić, ale raczej dlatego, że wiem, czego nie chcę, więc na większość towarów nawet nie patrzę. Sprawa jest prosta: kuchenka gazowa. Co też może być trudnego w zakupie takiej kuchenki? Wchodzę do sklepu, dużego hipermarketu w centrum Zabrza (do innego niż ten, który znajduje się w bliskim sąsiedztwie mojego zaprzyjaźnionego meblowego z Trójkątem Bermudzkim w środku). Jest wieczór, bo jestem po pracy. Godzina do zamknięcia (taka moja pora buszowania). Szybka selekcja: pomijam najdroższe i najtańsze. Zaczynam się przyglądać takim, które mi się podobają. Potem czytam parametry i porównuję. Dochodzę do wniosku, że wszystkie mają jeden plus: da się na nich gotować. Wybieram. Jest problem. Nie ma sprzedawcy. Szukam. Nie ma. Zaczęłam już ich nawet podejrzewać, że kryją się przede mną. Jeden chyba się zagapił, bo jego koszulka mignęła za sokowirówkami. Nie popuściłam, podążyłam tym śladem i go wytropiłam. Przyprowadzam młodego pana na stoisko i wskazuję kuchenkę, którą właśnie zamierzam nabyć. On mi na to, że będzie na czwartek. A ja na to, że nie może być na czwartek, że musi być teraz. Nie tłumaczę, że pan Zdzisio, że durszlak, skarpetka i biustonosz, tylko proszę, że bardzo mi zależy, żeby teraz. Na czwartek. Ja na to, że płacę teraz. Nie. Bo nie ma. Oni nie mają towaru na magazynie. Oni mogą mi go sprowadzić. Szybko się rozglądam wokół i myślę, że logiczne, bo składowanie takiej ilości towaru na magazynie, musiałoby nieźle kosztować. Nic mnie to jednak nie obchodzi, bo to nie ja składuję i nie ja z tego żyję. Pytam więc, czy chociaż jakaś jedna na tym magazynie im nie została. Młody dzwoni. Nie ma ani jednej. W desperacji mówię, że biorę tę z wystawy. Jest zaskoczony. Dzwoni znów. W sumie to można, ale ta kuchenka może być porysowana. Podchodzę i widzę, że nie nosi na sobie śladów użytkowania, no bigosu nikt na niej raczej w sklepie nie gotował. Mówię, że akceptuję. Chłopak zaczyna spowolnionymi ruchami, widzę to, klatka po klatce, wyciągać kuchenkę, zdejmuje palniki, owija różne elementy. Po chwili, wypinając jakiś wężyk, pyta mnie, czy wiem, że na towar z wystawy nie dostanę gwarancji. Zamieram w osłupieniu. Przecież nieużywany. I wstępuje we mnie diabeł, tym bardziej dynamiczny, im bardziej flegmatyczne są ruchy młodego pana. Powiedziałam, że proszę o obniżenie ceny w takiej sytuacji. On mówi, że nie może. To ja mówię, żeby skontaktował się z tym, kto może. Odmowa. Kuchenka flegmatycznie rozmontowana, częściowo owinięta w papier pewnie bez atestu, leży na podłodze. Stoję, patrzę na to wszystko i myślę, że chyba zwariowałam chcąc dokonać tu zakupu na tych warunkach. Uśmiecham się i dziękuję za wszystko. Wychodzę. Kuchenka zostaje. Unoszą mnie jakieś skrzydła. Diabeł chyba wystąpił, bo lekkością anielską niesiona ląduję w innym hipermarkecie, na moje szczęście czynnym do 22:00. Szybko dokonuję wyboru, wyłącznie kolorystycznego, bo parametry już miałam przerobione w poprzednim miejscu. Pracownicy to dziewczyna i chłopak, rozmawiali sobie, ale jak była potrzeba, natychmiast znaleźli się koło mnie. Wskazuję kuchenkę. Będzie na czwartek… ten czwartek mnie prześladuje. Przed oczami zawirowały mi znów durszlaki, biustonosze i skarpetki. Mówię im, że muszę dziś. Dziewczyna nieśmiało mi sugeruje, że może wzięłabym tę z wystawy. Zgadzam się ochoczo. Do chłopaka zwracam się z pomysłem obniżki ceny. Wykonuje telefon, udaje mi się wynegocjować 20%. Pytam o gwarancję. Oczywiście, że jest. Oboje z uśmiechami na ustach pakują mi tę kuchenkę i mimo, że mówię, że wystarczy, przynoszą z magazynu folię z bąbelkami, żebym nic nie uszkodziła w transporcie. Pytam, czy dobrze im tu płacą. Wybuchają śmiechem. Ale nie potwierdzają. Mówię im tylko, że wyglądają jakby im dobrze płacili. Wychodzę w znakomitym nastroju. Byłam dziś w dwóch światach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *