Sobota. Budzę się w błogim nastroju, bo mam plan na spokojny dzień. Taki kontrast i zarazem równowaga wobec intensywnie przeżytego czasu. Mój priorytet: nie spieszyć się. Przed południem ma wpaść rodzinka i bardzo mnie to cieszy. Nie czuję żadnego stresu w związku z tym, nawet gdyby nagle wpadli i zastali mnie w piżamce. Już dawno wyplewiłam ze swojego życia ludzi, którzy wchodząc do mojego domu sprawdzaliby, czy gdzieś wisi pajęczyna, jakie firanki w oknach (żadne!), a czy okna umyte, czy w końcu zrobiłam ten remont przedpokoju (nie!)… itd. Odczuwam zwyczajną radość ze spotkania. Tymczasem, zupełnie nieoczekiwanie dostaję prezent. Pyszne ciacho. Znów się pławię w rajskim luksusie. I myślę o wszechświecie i ludzkiej kondycji (na szczęście w zupełnie innym kontekście niż Malraux). Jesteśmy zanurzeni w niepewności i totalnym braku stabilizacji. Nie tylko nie wiemy, co będzie w przyszłości, nawet za minutę, lecz także nie mamy pewności, czy to, co wydaje nam się, że wiemy, że wydarzyło się w przeszłości, jest tym w istocie, co jest czy tylko tym, co myślimy, że jest. Wieczne skazanie na subiektywne postrzeganie oparte na niedoskonałych narzędziach zmysłowych. Wcinam więc to ciacho i delektuję się istnieniem teraźniejszym. To jest właśnie pewne. Taki prezent. Punkt widokowy na teraz, z którego rozciąga się optymistyczny pejzaż na wszystko.