Dziś będzie o głupotkach trochę. Takich sprawach, których właściwie nawet nie ma. Mam nowe postanowienie: próbuję nie narzekać, bo jest to niekonstruktywne i niczego nie wnosi do życia, no może poza marazmem, w którym można cierpiętniczo nurzać się. Nie chcę tego. Tak mówi moja logiczna część. A czasami odzywa się ta druga, niepozbierana, którąż to próbuję na cztery wiatry przegnać z mojego życia. Wchodzę do drogerii. Kupuję gąbkę do kąpieli. Jedna wpada mi w oko. Cieszy mnie taki drobiazg i wychodzę z myślą, że po powrocie do domu sobie ją wypróbuję. Możesz uznać, że to takie troszkę głupie, tak sobie rozmyślać. Pewnie. Możesz też sobie czekać na wielkie wydarzenia w życiu, na fajerwerki, księciunia na białym rumaku, podbój Kartaginy. Możesz. Ja tymczasem idę sobie przez miasto z tą gąbką w plecaku i podskakuję z radości na myśl o kąpieli, tak, jakby to miało być pierwszy raz w życiu.
Gąbka się nie sprawdza. Jest trochę za duża, nieporęczna, w sumie nie potrafię dokładnie określić, ale jedno wiem: nie odpowiada mi. Niestety wystrychnęła mnie na dudka, chociaż nic na to nie wskazywało wcześniej. Wychodzę spod prysznica może i umyta, ale najwyraźniej rozczarowana. Jeszcze tego nie zauważyłam, ale już się zaczęło. Pod nosem mówię do siebie: „No tak, ty to zawsze musisz coś wymodzić. Nie mogłaś kupić takiej samej gąbki, jak ostatnio? Przecież dobra była. Wiecznie musisz coś zmieniać i zmieniać…” Nim się całkowicie odziałam, to litania znacznie się poszerzyła: „Ja to mam zawsze pecha. Nie mogło się tak zrobić, żeby było dobrze? Zawsze coś, zawsze coś się musi spieprzyć…” To już zahaczyło o całe życie pod górkę. Pewnie sięgnęłabym jeszcze dziesiątego pokolenia oraz linię boczną matki chrzestnej, gdybym sobie nagle nie przypomniała, że miałam nie narzekać. Odpuściłam więc, bo w końcu to tylko gąbka, a nie koniec świata. Walnęłam tę głupią gąbkę na półkę i przestałam o niej myśleć.
Minęło parę tygodni. Któregoś tygodnia zawieszam ręcznik na wieszaku oraz wzrok na gąbce. I wszystko jasne w ułamku sekundy! Biorę nożyczki i odcinam dokładnie taki kawałek, jak lubię. Z pozostałych części wygospodarowuję jeszcze dwa. I jest dobrze. To się nagle samo pojawiło! Taki malutki sposób na życie: dać sobie spokój. Mózg Ci się sam odwdzięczy 😉