Dobrze jest nie być młodym. Uwielbiam to. Szczególnie, gdy myślę o własnym wyglądzie, choć głównie o nim nie myślę. A w każdym razie nie tyle, ile wtedy, gdy miałam naście lat. Paradoksalne jest to, że w wieku, w którym ma się idealną cerę, ani śladu cellulitu (a o wodnym to nawet świat nie słyszał), zmarszczki całkowicie wyprostowane, niezłą kondycję i samopoczucie, to właśnie wtedy dorastający młody człowiek dostrzega w sobie mankamenty zupełnie nie istniejące, rozdmuchuje w wyobraźni wady. A cóż jest teraz? Teraz jest grubo po czterdziestce (właściwie będzie tak jeszcze przez dwa miesiące. Potem zacznie się nowa dekada). Kiedyś chciałam być porażająco piękna, urocza, po prostu zjawiskowa. Jak Greta Garbo, Brigitte Bardot, albo choćby Claudia Schiffer. Sądziłam, że jestem za gruba, za niska, za nijaka. Dziś, choć Claudia Schiffer ze mnie żadna, czuję się fantastycznie. Co stoi na przeszkodzie, żeby poczuć się jak Claudia Schiffer? Zabroni Ci ktoś? Mi nikt nie zabroni, więc czuję się znakomicie każdego dnia. Cieszy mnie czy to wschodzące słońce czy deszcz lejący się prosto na łeb. Rankiem otwieram szafę i myślę sobie, co by tu pięknego na siebie piękną włożyć (ejjjj… ci, co mnie znają, proszę, żeby teraz nie rżeli na głos! Ja to słyszę!). No i zawsze mi się udaje. Coś na siebie wkładam. Ani razu nie wyszłam nago na ulicę. Kiedy zechcę mogę sobie być tą Klaudią. Na przykład dziś. Założyłam nową sukienkę. Z dzianiny, a materiał ten ma to do siebie, że jeśli masz rajstopy, to raczej pewne, że Ci się do nich będzie przyklejać i paskudnie podwijać. Co nas ratuje? Półhalka. Jako, że było dość wcześnie rano, niezbyt jeszcze jasno, a już z pewnością nie w moim niedobudzonym umyśle. Ubierając ową półhalkę mój mózg zarejestrował, ale tylko jakimś odległym rejestrem, że „ta gumka jest jakaś dziwna”. Wyszłam z domu. Dworzec. Pociąg. Spacerek do pracy, w blasku budzącego się dnia. Uwielbiam ten moment. Przepełnia mnie takie uczucie, taka świadomość, że to początek wszystkiego i może coś niezwykłego wydarzy, nowy dzień, kolejny dzień życia. Idę więc sobie z tym potencjałem wewnątrz, kroczę ulicą wielkiego miasta, ja, Klaudia. Nagle czuję, że coś mi się plącze na wysokości kolan. Przecież nie mogę, będąc na wybiegu, tak zwyczajnie zobaczyć, co to. Robię kilka kolejnych kroków. Plątanie robi się coraz bardziej natarczywe. Zmieniam zasadę. Na wybiegu można sprawdzać, co się plącze wokół kolan. Sprawdzam. Półhalka. Myśl przebiega przez rozbudzony już mózg: „co ona tam, u diabła, robi?!”. Normalne półhalki są wyżej i nie wystają znacznie spod sukienki. Natychmiast przypomina mi się owa gumka z dziś rana. Od razu wyświetla mi się obraz i wyjaśnienie, co z nią było nie tak – rozciągnęła się ponad miarę… Wyobrażasz sobie kobietę na środku chodnika, która zaczyna podciągać półhalkę? Nie? To wyobraź sobie. Claudię Schiffer. Mógłby to być nawet dość seksowny obraz. Tyle, że to byłam ja…Teraz wszyscy, jak mnie zobaczą, będą myśleć tylko o tym, że pod sukienkami noszę jakieś półhalki z rozciągniętymi gumkami, ja, Klaudia…