Książka

Książki przychodzą do mnie z różnych stron. Najbardziej lubię te, które przychodzą od ludzi. Potem taka książka kojarzy mi się z daną osobą, jakimś etapem życia. Ludzie pojawiają się i znikają, książki natomiast zostają wraz z tą całą swoją aurą.

Z Agnieszką mamy plan na włóczenie się po Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Prognoza nie jest zachęcająca, a właściwie nawet dość podła: deszczowo, chłodno i burzowo. Postanawiamy, że będziemy po prostu siedzieć w schronisku, gapić się na góry i czytać. Pierwszą noc spędzamy na podłodze w jadalni, tradycyjnie. Sprawdzamy aplikacje pogodowe i nagle okazuje się, że o świcie ma być czyste niebo. Wstajemy więc o 4. Pijemy kawę siedząc przed schroniskiem, w lekkim półmroku, który mieni się tajemniczo nad górami, jakby ktoś do kotła z szaroburą substancją dorzucał odcieni to różu, to granatu i mieszał to gigantyczną, niewidzialną łychą. Piję kawę chłonąc widok i jednocześnie przedzieram się przez miękką watę snu, która sprawia, że do końca nie wiem, czy nadal śnię czy już nie. Uwielbiam ten stan zawieszenia wymieszany ze smakiem porannej kawy. Nagle widzę Agnieszkę pędzącą zza schroniska. Woła do mnie: „Rzucaj to wszystko natychmiast i leć zobaczyć! Szybko! Bo zaraz zniknie!”. Lecimy. Wschód słońca nad Doliną Roztoki… Spektakl zapierający dech. Kolory tak intensywne, jakby rozpięto gigantyczny filtr na niebie. Okoliczne góry pokrywają się złotem…

Wstajemy codziennie o 4 i uczestniczymy w tych porannych przedstawieniach. Nie wracamy do łóżek, wyruszamy od razu na szlak. Każdego dnia urzeka nas dynamiczny krajobraz. Błękit nieba kręci chmurami, tworzy czapy z cukrowej waty, rozsnuwa je jak apaszki i nagle zrzuca w szmaragdową toń stawów. Tak spędzamy cztery dni.

Ostatnia noc. Śpimy w pokoju wieloosobowym, budzimy się jak zwykle i zaczynamy się pakować w blednącej szarości wstającego dnia. Wśród moich rzeczy dostrzegam książkę. Wieczorem jej nie miałam. I nagle zrobiły się odwiedziny świętego Mikołaja. Agnieszka kupiła mi „Pięć stawów. Dom bez adresu” Beaty Sabały-Zielińskiej. Dobrze wiedziała, że chciałam ją mieć. Stoję i gapię się i zapada we mnie widok tej książki, leżącej na łóżku w półmroku schroniskowego pokoju. Lekko uchylam okładkę, muszę z całych sił ją przytrzymać, bo wylatują z niej i zaczynają wirować pod sufitem te wszystkie obrazy targane wiatrem, malowane świtem, przedeptane. A ludzie śpią… Pakujemy się możliwie bezszelestnie. Wracamy przez Świstówkę. Niosę sobie ten prezent, tę całą dolinę, Agnieszkę. I dobrze wiem, co się wydarzy, kiedy tylko uchylę lekko okładkę…

2 komentarze Dodaj swoje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *