27

Moja wiara umierała powoli. Początkowo nawet niezauważalnie. Zauważalnie zaczęła kiedyś od pierwszego konkretnego, ważnego dla mnie, jak sądziłam, człowieka. Z czasem grono niewiary powiększało się.

Teraz czytam „27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko. Cały czas towarzyszy mi bliżej nieokreślone wrażenie, coś na kształt czegoś, co już było i co dobrze znam. Ukrywało się tuż przed moimi oczami, czułam to cierpnącą skórą. Nie potrafiłam tego uchwycić, mimo znacznej intensywności. Jakieś déjà vu albo déjà vécu. I nagle mnie olśniło! To samo uczucie miałam dawno temu, czytając „Medaliony” Nałkowskiej, „Pożegnanie z Marią” Borowskiego, „Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego. Deptało mi po piętach podczas wystawy w Sarajevie „You’re my witness” poświęconej ludobójstwu w Srebrenicy. I stało za moimi plecami, czułam tego oddech i dotyk, gdy oglądałam „Tylko nie mów nikomu” Sekielskich oraz „Zieloną granicę” Holland…

To się bierze z patrzenia. Patrzysz i nie wierzysz. Tak moja wiara umierała do cna, do dna.

Zupełnie nie wierzę już w ten gatunek.

Teraz właściwie nawet się dziwię, gdy dzieje się coś dobrego.

Albo zupełnie nic.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *