Byłam na badaniach okresowych. Kazali, to poszłam. Wielkie halo, myślisz sobie? Każdy chodzi, nie? No tak.
W przychodni stłoczyli ludzi, w obskurnym korytarzu. Przewinęło się około sto osób. Wiem to od rudej pani z rejestracji. Powiedziała mi to, gdy poszłam zapytać o numer pokoju. Darła się, że stu ludzi wie, a tylko ja jedna nie. Fakt, ale nadal nie wiem, gdzie tę wiedzę należało posiąść.
Ciasno. Ławeczki do siedzenia. Nie wystarczają dla wszystkich. To bez większego znaczenia. Z czasem nie znajdziesz wygodnej pozycji.
Spędziłam w tym miejscu CZTERY godziny. Wyobrażasz sobie???? Żółta lamperia… plama na suficie… mucha chodzi po poręczy… fugi… kafelki…
Na moje pytania, czy nie można by zreorganizować tutaj pracy, reagowano wzruszeniem ramion, bądź podniesionym głosem (ruda pani), że nie.
Warunki nieludzkie. Wkurzam się, bo ja w pracy tak nie robię.
Jak to jest możliwe w środku dużego europejskiego miasta? Opowiadam o tym różnym ludziom i czego się dowiaduję? Że tam jest tak zawsze! Zawsze? Zawsze, bo się na to godzimy. Dajemy przyzwolenie. Raz na kilka lat można zmarnować dzień… Doprawdy?
A jeśli byłby to ostatni dzień życia?