Czasami jakieś drobne zdarzenia, w pierwszej chwili wydające się zupełnie zwyczajne i dokładnie takie, że chwilę potem o nich zapominamy, jakąś dziwną ścieżką wracają do nas. I to wygląda tak, jakby tamta ścieżka miała się przeciąć z tą drugą, w tym właśnie niby niezaplanowanym miejscu. Tak było z lotosem. Wielokrotnie słyszałam o tym kwiecie i gdy nadszedł dzień, w którym go zobaczyłam w rzeczywistości. Byłam bardzo poruszona, bo przecież zmaterializowało się coś, co dotąd tkwiło tylko w moim umyśle, w moich wyobrażeniach. Jakie lotos zrobił na mnie wrażenie? Zachwycił mnie połączeniem dwóch cech: niezwykłej skromności, takie to małe, nieokazałe, ale jednocześnie emanowało z niego niezwykłe piękno! Postanowiłam tę chwilę zakląć w zdjęciu. Potem czas mijał. Podążałam różnymi ścieżkami. I wczoraj, wszystko jak zwykle. Wsiadam do pociągu, z uciechy zacieram ręce, oczywiście nie na widok pociągu, tylko w oczekiwaniu na moment, kiedy otworzę książkę i wniknę w jej świat. Każdy dojazd i powrót z pracy, to jak kolejny odcinek niezwykle interesującego filmu. Zaczynam czytać. O lotosie. Na chwilę przenoszę wzrok za okno. I znów jestem w tamtej chwili, w Meksyku, płyniemy łódką i ponownie go widzę… To właśnie te ścieżki się spotkały w tym pociągu. Co przeczytałam? A właśnie to! „Zadziwia mnie to (…) jak oglądanie różowego kwiatu lotosu na powierzchni stawu (…), który to kwiat wyrasta z jedynej możliwej substancji, jaka może go zrodzić – mulistej mieszaniny błota i roślinnych odpadków. (…) Czy możemy być jak kwiaty lotosu? Czy możemy przetrawić ból i pomieszanie życia i wyrosnąć na tym, użyć go, by stać się jednym z tych rzadkich klejnotów świata –głęboko współczującą osobą?” Tych ścieżek jest oczywiście znacznie więcej. Jesteśmy tylko ograniczeni naszym postrzeganiem. I nie wszystko musi być dokładnie nazwane. Nazywanie umożliwia jedynie komunikację. Oczywiście w stopniu wysoce niedoskonałym.