Mój świąteczny czas smakuję jak aromatyczne potrawy. Pomiędzy spotkaniami rodzinnymi, rozpływam się czytając. Skończyłam „Odrzanię” i nadeszła chwila na „Mirabelki” Baszki. Chwile takie, jak ta, celebruję. Zawsze tak robię. Najpierw gładzę okładkę i rozmyślam, do jakiego świata za chwilę wkroczę. Różne książki, różne rzeczy obiecują – to jest taki dialog, zanim się zacznie.
I teraz też tak się stało.
Przeczytałam zaledwie dwie strony. Dech mi zaparło. Zatrzymałam tę chwilę w sobie. Czytam „Mirabelki” nie czytając. Delektuję się dokładnie tak, jak pisał Hrabal, trzymając cukierek w ustach, aż się rozpuści. Wzruszył mnie piękny świat Baszki.
A potem nagle się potoczyło. Uwolniło się we mnie pewne wspomnienie. Nie mam swojego pana Zimmera, ale mam swoją panią Sarwas z ulicy Nawrata. Stało się niemożliwe. Z mojej pamięci kilkuletniego dziecka wydobyła się drobna postać starszej pani, o siwych włosach, gładko zaczesanych, upiętych w kok. I jej mieszkanie na parterze, po lewej stronie. Wchodziło się do niezwykle schludnej kuchni, z kuchni zaś do pokoju. W pokoju panował półmrok, bo okna zasłonięto ciężkimi zasłonami. Na środku znajdowało się łóżko małżeńskie, równo zaścielone, które starsza pani wygładzała laską, by było perfekcyjnie proste. Jak stół. Moja mama potwierdziła prawdziwość tych obrazów. I jeszcze coś. Ta pani bardzo mnie lubiła – to wiem z opowieści.
Pamięć, jak list z przeszłości.
Zobaczyłam jeszcze latarnie rozwieszone nad ulicą. Płot na tyłach domu, a wejście było z dwóch stron, duże drzwi z owalnymi przeszkleniami od frontu i małe drzwi prowadzące na podwórko za domem. Do tego śmierdząca stróżka przepływająca przez środek, ślad prawdziwego życia.
Nawet nie zaczęłam czytać. To dopiero dwie strony.
Taką moc pamięci i dobrego przesłania z przeszłości uwolniły „Mirabelki” delikatnie rozpuszczające się na języku.
Jak cukierek